30.11.2011

Chapter 12 "The Gift"

- Ruszaj się! - wrzasnęłam, bo Abe nadal wylegiwał się w łóżku.
Na dźwięk mojego głosu wzdrygnął się i przetoczył na plecy lądując z łomotem na podłodze. Nate zatrząsł się ze śmiechu ciągnąc walizkę przez pokój.
- Za 15 minut na placu. Odjeżdżamy - rzuciłam i wyszłam na zewnątrz.
Byli tam już chyba wszyscy.
- Brakuje jeszcze 3 osób! - wydarła się jedna z opiekunek.
- Abe już się ubiera - szepnęłam.
- W takim razie tylko 2! - jakimś cudem mnie usłyszała i krzyknęła po raz drugi.
Rozejrzałam się po placu, nagle rozumiejąc o kogo chodzi.
- Pójdę po nie.


***

Delikatnie zapukałam do drzwi, które skrzypnęły i stanęły otworem.
- Lilly? - szepnęłam, nie wiedząc czego mam się spodziewać.
- Już idziemy - usłyszałam głos, który z pewnością do niej nie należał, a był poza zasięgiem mojego wzroku.
Usłyszałam ciężkie kroki, najwyraźniej porządnie zmęczonej osoby. Chwilę później stanęła przede mną dziewczyna, której nigdy wcześniej nie widziałam. 
Była ode mnie wyższa, ale z pewnością nie chudsza. Równie blada, co jej współlokatorka, z długimi, prostymi, płomiennymi włosami, piegowatą twarzą i dłońmi.
Jedną z nich wyciągnęła w moją stronę.
- My się chyba nie znamy? Susan.
Z oczami wielkimi jak spodeczki, podałam jej uprzejmie swoją dłoń.
- Kate.
- Tak jak już mówiłam, zaraz przyjdziemy. Lilly właśnie... - urwała i obejrzała się za siebie.
Dziewczyna siedziała na podłodze ze zwieszoną głową. Ta druga podbiegła do niej i przykucnęła tuż obok. Szeptała coś do niej. Zupełnie jak do autystycznego dziecka - pomyślałam.
Po chwili Lilly podniosła się ostrożnie i podeszła do mnie powoli. W otwartej dłoni trzymała glinianą doniczuszkę wielkości naparstka. A w niej coś, czego nie potrafiłabym sobie wyobrazić - roślinka o łodyżce nieco grubszej od włosa. Na jej czubku znajdowała się masa maciupeńkich kwiatków o płatkach wielkości główki od szpilki. Jeden bladoróżowy, jeden błękitny... można by wymieniać w nieskończoność, bo kwiatki mieniły się i opalizowały w zależności od kąta padającego światła.
- To prezent - odezwała się nagle Susan.
Z niedowierzaniem chwyciłam doniczkę dwoma palcami, uważając by jej nie zgnieść, i ostrożnie podniosłam do oczu, by lepiej się przyjrzeć. Pod wpływem mojego oddechu kołysała się jak podczas huraganu.
- Chce, żebyś się nią opiekowała.
Spojrzałam na Lilly. Jej twarz jak zwykle niczego nie wyrażała.
- Dziękuję - powiedziałam nieśmiało. - Możemy już iść?
Obie powlokły się na mną, po grząskim piasku i wysokiej trawie, która wkręcała się w drobne kółka walizek, w stronę zaciekawionych spojrzeń dzieciaków.

26.11.2011

Chapter 11 "The Perverseness"

Leżałam tępo gapiąc się w śnieżnobiały sufit i próbując dopatrzeć się na nim jakichkolwiek plam, czy nierówności.
I co teraz? Skończą się wakacje i Abe pojedzie. Nie będę musiała się z niczego tłumaczyć.
I tak nie będę się z niczego tłumaczyć! Jest moim przyjacielem, a nie zaborczym narzeczonym. To nie jego sprawa... w sumie.
Przez chwilę miałam ochotę się uśmiechnąć, ale jakoś nie mogłam. To chyba nie jest temat do żartów. Nie chcę, żeby Abe wyjeżdżał, ale tak będzie lepiej. Dla mnie, dla niego, dla nich. Nie chcę kłamać, choć przecież nigdy się przed tym nie hamowałam. Tak po prostu się nie robi. Z drugiej strony, chyba nie potrafiłabym inaczej... Czy mogłabym zrezygnować z któregoś z nich?
Ktoś zakukał do drzwi, jak zwykle w najmniej odpowiednim momencie.
- Nate - szepnęłam.
Nie poruszył się. Dźgnęłam go palcem w ramię. Nic, zero reakcji. podniosłam się na łokciach by nieco lepiej widzieć. Śpi, rany boskie, śpi!  Wywróciłam teatralnie oczami.
Wychyliłam głowę ponad parapet (mając na uwadze, by następnym razem nie zapomnieć spuścić rolet), by zobaczyć kto stoi za drzwiami. Pusto? Znowu jakiś żart?
Ale ktoś zapukał raz jeszcze. Wstałam ociągając się lekko, podeszłam do drzwi i otworzyłam je mocnym szarpnięciem. W progu stał, a raczej siedział,  Abe i najwyraźniej był już porządnie znudzony, bo bawił się sznurówką.
- O! - sapnął kiedy mnie zobaczył i wstał podpierając się o futrynę.
- Tak, wiesz, mieszkam tu - sarknęłam w odpowiedzi na niezbyt miłe powitanie.
- Chciałem wejść, ale... - wskazał drzwi.
- To dlaczego tego nie zrobiłeś? - przerwałam mu i dopiero wtedy uświadomiłam sobie czego byłby świadkiem, gdyby tak po prostu wkroczył do pokoju.
- Drzwi były zamknięte.
- Nieprawda, były otwarte. Po prostu nie umiesz ich obsługiwać.
- Mogę wejść? Stoję tu już chyba z pół godziny i czekam aż ktoś sobie o mnie przypomni...
"Marne szanse" mruknęłam pod nosem, otwierając szerzej drzwi, żeby wpuścić go do środka. Niemal od razu padł na maleńki narożnik wciśnięty w kąt przy drzwiach. Spojrzał na stojące naprzeciw piętrowe łóżko.
- A temu co?
Zajęło mi chwilę, zanim zrozumiałam o kogo mu chodzi.
- Jak go ostatni raz widziałem to taki padnięty nie był - podrapał się po brodzie i zerknął na mnie z ukosa.
Zachichotałam cicho.
- Dziwna jest ta cała sprawa z wami.
- Nami? Dlaczego?
- Pomyślałbym, że jesteście rodzeństwem, gdybym nie wiedział, że to nieprawda. Tylko, że brat i siostra w gruncie rzeczy się tak nie zachowują - łypnął na mnie spode łba najwyraźniej urażony. - Chyba, że to jakiś szczególny przypadek patologii.
- Daj spokój - odpowiedziałam bezbarwnym głosem, bo moje myśli błądziły zupełnie gdzie indziej.
Zapadła cisza, którą tylko na sekundę zmąciło ciche chrapnięcie. Abe z trudem stłumił śmiech, ale natychmiast się uspokoił, bo dostał łokciem w żebra.
- Zastanawiam się co będzie po wakacjach - odezwał się po jakimś czasie.
Sprężyny skrzypnęły, kiedy usiadłam na skrawku kanapy obok niego.
- A co masz na myśli? To, że skończy się lato, a ty wrócisz do swojej wspaniałej willi z basenem i zapomnisz o swojej małej, ciemnowłosej przyjaciółce? - spytałam z udawanym żalem przeciągając palcem po jego nagim ramieniu. Przeszedł go lekki dreszcz.
- Zdziwiłabyś się - już miałam zapytać o co mu chodziło, kiedy dodał: - Miałem na myśli to, że mam zamiar zostać tu po wakacjach.
Przez chwilę zastanawiałam się, czy na pewno dobrze usłyszałam.
- To wspaniale, tak się cieszę.
No to mamy problem, pomyślałam, rzucając mu się na szyję i zastanawiając się, czy bardziej chce mi się śmiać, czy płakać.
- Wiesz, za dwa tygodnie jedziemy do Bostonu. Mają większe pokoje, no i ośrodek jest prawie w centrum miasta...
- To ten poprawczak zmienia miejsca?
- To nie jest poprawczak - odpowiedziałam obrażonym tonem. - Trafiają tu dzieciaki bez rodziców, te, których rodzice mają wystarczająco dużo pieniędzy, by się ich pozbyć i te z problemami. Prawdziwy kocioł. I tak, tu, w Stratford spędzamy tylko wakacje. W Bostonie cały rok jest tak samo buro, kiedy tu, jest piękna pogoda. Szczerze mówiąc to jej nienawidzę.
- Widzę, że się cieszysz.
- No jasne. To duże miasto, w porównaniu z tym zielonym zadupiem.
- Rozumiem.
- O co ci chodzi?
- Sam nie wiem.
- Aha, nie wiesz o co ci chodzi, ale chodzi ci o to bardzo mocno. Zachowujesz się jak baba.
- Może i tak, w odróżnieniu od ciebie...
- No wiesz?! - warknęłam obrażona.
- Przepraszam, ale chyba sama przyznasz, że czasami po prostu nie wypada - zerknął na Nate'a rozwalonego na łóżku.
- Ah, serio? Ostatnio jakoś ci to nie przeszkadzało. Dlaczego wtedy nie przedstawiłeś mi swoich "zasad moralnych"? Poza tym, jak one niby brzmią? - syknęłam złośliwie .
Cisza. Patrzył niewidzącym wzrokiem gdzieś w zamknięte okno.
- Mogę robić co chcę i z kim chcę - dodałam już nieco ciszej, starając się włożyć w to jak najwięcej jadu. - Zdaje się, że początek tej rozmowy miał mi coś zasugerować. Odpowiedź brzmi: nie. Nie dlatego, że ktoś cię ubiegł, tylko dlatego, że ja tak mówię. Jeśli taki układ cie nie pasuje, to wyjdź i ani waż się wracać.
Przez chwilę sprawiał wrażenie, jakby naprawdę chciał to zrobić, ale powstrzymał się i mocniej oparł o poduszki.
-Brzydki nie jesteś. Właściwie, to całkiem przystojny. Przejdź się, ochłonij i spróbuj szczęścia gdzie indziej. Może ktoś się skusi... - przerwałam widząc jego mordercze spojrzenie. - Nie obrażaj się, przecież widzę, że tego chcesz.
Przekręcił się tak, by lepiej mnie widzieć.
- Naprawdę tak myślisz?
Nie odpowiedziałam, tylko wstałam i powoli przeszłam przez pokój. Usiadłam pomiędzy rozłożonymi nogami Nate'a i obserwując jak Abe bierze głęboki oddech, pochyliłam się nad nim, by szepnąć:
- Nate, wstawaj.
Z niesamowitą, jak na dopiero co obudzoną osobę, siłą złapał mnie za nadgarstek i pociągnął tak, bym znalazła się tuż obok niego. Chwycił moją twarz w obie dłonie i delikatnie pocałował w czoło.
- Cześć, mała - wymruczał mi do ucha.
Objął mnie ramieniem i przyciągnął bliżej siebie. Zasnęłam wtulona w jego tors, czując na sobie wzrok Abe'a.

22.11.2011

Chapter 10 "The Loneliness"

Szary, zakurzony autobus odjechał z podjazdu. Weszłam do domku trzaskając drzwiami do akompaniamentu młotów pneumatycznych i gigantycznych ciężarówek przypominających czołgi. Kto by pomyślał, żeby budować hotel tuż przy ośrodku wychowawczym?
Chwyciłam upuszczoną w progu, sfalowaną od wilgoci gazetę (którą de facto próbowałam przeczytać już od tygodnia, z marnym z resztą skutkiem) i wyszłam na zewnątrz akurat w momencie, gdy w powietrze wzbiła się chmura duszącego dymu i białego pyłu. Machając rękami by odpędzić je od siebie ruszyłam w stronę, gdzie powinna się znajdować najbliższa ławka.
Mój piszczel odnalazł ją dużo szybciej niż oczy. Ze złością kopnęłam ją drugą, sprawną nogą i z wahaniem przed odwetem ułożyłam się na niej, akurat gdy zza szarej chmury wyjrzało słońce.
Chwilę później - przynajmniej tak mi się wydawało - dobiegła mnie fala zimna i uświadomiłam sobie, że się zdrzemnęłam. A po sekundzie byłam już cała mokra. Zgarniając włosy z mokrej twarzy i, trochę oszołomiona, przecierając oczy rozejrzałam się po okolicy. Za grubą, drucianą siatką stało dwóch robotników zaśmiewających się złośliwie.
Dopiero potem zobaczyłam dość spory, betonowy klocek leżący na brzegu niewielkiego, porośniętego trzciną bajorka, który najwyraźniej spadł z haka stojącego najbliżej dźwigu.
- Niech się panowie cieszą, że jest tu ta siatka - powiedziałam i zgodnie z moimi przypuszczeniami ci dwaj zamilkli nagle i zniknęli pomiędzy podobnymi betonowymi blokami.
Pobliskie dachy, łącznie z tym moim, pokryte były lepkim, brązowym szlamem.

***

Kolejne kilka dni, choć właściwie nie wiem ile ich było, również minęły mi na obserwowaniu uwijających się za siatką robotników, z których ⅓ robiła cokolwiek w ramach swojej pracy, a reszta siedziała oparta o betonowy mur z puszką piwa w ręku.
- Te, panienko - krzyknął jeden z nich wystawiając puszkę w moim kierunku.
- Ciepłe? - spytałam, a raczej odkrzyknęłam.
Pociągnął mały łyk i odpowiedział:
- Taaak, chyba, że ci to przeszkadza...
- Właściwie to... - ale nie zdążyłam dokończyć, bo ktoś położył mi dłoń na ramieniu, dziwnie chłodną, na rozpalonej słońcem skórze.
- Właściwie, to ona musi już iść - powiedział.
- Nate! - wydarłam się odwracając się gwałtownie i rzucając mu na szyję.
- Ej, chłopcze - krzyknął stojący ciągle za siatką mężczyzna - pożycz nam ją, na godzinkę-dwie. Chyba nie będzie ci teraz potrzebna, co? - zaśmiał się gorzko, a wraz z nim kilku jego kolegów.
- Przykro mi, panowie, ale mam już pewne plany - również się uśmiechnął.
"Co?" wyartykułowałam bezgłośnie patrząc na niego ze zdziwieniem. Przyłożył palec do ust, dając mi znak, żebym po prostu się zamknęła, a potem szepnął:
- Chodź.
Zdążyłam rozejrzeć się dookoła, widząc wysiadających z autobusu ludzi, zanim zostałam wepchnięta do środka.
Nate podszedł do małej lodówki w przeciwległym końcu pokoju i wyciągnął z niej butelkę jakiegoś napoju energetyzującego.
- Więc... gdzie jest Abe?- spytałam.
Wzruszył tylko ramionami i oparł się plecami o lodówkę, tyłem do mnie. Usiadłam na brzegu łóżka i podskoczyłam na nim tak, by zaskrzypiało leciutko. Nate odwrócił się rozbawiony.
- No ty chyba nie myślisz, że...
- Bo...
- No przecież musiałem cię jakoś stamtąd wyciągnąć. Chyba nie chcesz do nich wrócić, co?
- Nie, nie chcę - odpowiedziałam tonem małej, obrażonej dziewczynki. - Ale ty...
Upił łyk i przez dłuższą chwilę stał w zupełnej ciszy przyglądając mi się badawczo.
- Ależ niesamowicie uparta jesteś - uśmiechnął się rozbrajająco, błyskawicznym ruchem ściągając z siebie koszulkę. - Nie sądzę, żeby to był jakiś specjalnie dobry pomysł, ale...  - spojrzał na mnie z góry opierając się rękami o materac tuż nad moją głową.
Nie udało mi się przypomnieć chwili, w której zdążyłam się położyć.
- Tak długo się nie widzieliśmy - powiedziałam szeptem przeciągając palcem po jego szyi, a drugą dłoń, powoli wplatając we włosy.
Materac lekko skrzypnął, Nate skrzywił się.
- Daj spokój - szepnęłam delikatnie odwracając twarz z powrotem w moją stronę.
Uśmiechnął się - tak wyglądał zdecydowanie lepiej.
- Na czym skończyliśmy?
Zachichotałam, czując, że pod jego ciężarem zapadam się głębiej w puszystą narzutę.

15.11.2011

Chapter 9 "The Reasons"

Na zewnątrz czuło się już nadchodzący wieczór. Słońce zaczynało chować się za horyzontem, niebo zabarwiło się na różowo, powietrze wypełniło się charakterystycznym dla letniej nocy zapachem.
- Na co masz ochotę? - zagadnął biorąc do ręki czerwoną, plastikową tacę.
- Mówisz jakbym miała jakiś wybór.
- No tak - uśmiechnął się.
Kolejka przesuwała się potwornie wolno. Ktoś klepnął mnie w ramię. Nie musiałam się odwracać, żeby wiedzieć kto to.
- O, już jesteś.
- Co wy tu jadacie na kolację? To znaczy, co wy tu w ogóle jecie? - zapytał Abe z nadmierną ciekawością.
- Dziś? - wyciągnęłam szyję by lepiej zobaczyć gablotę podobną do tych, które umieszcza się w supermarketach na dziale mięsnym stojącą w drugim końcu pomieszczenia. - Gluty, albo gluty.
- Kate - mruknął Nate - chyba nie chcesz zniesmaczyć naszego nowo-przybyłego hmm... kolegi? - zwrócił się do niego - Chyba jakieś tosty, sok, dżem, nutella... to co zawsze, Na kolację no i na śniadanie zresztą też.
- Pięknie - bąknął Abe.
Położyłam na tacy pszenny tost i opakowanie masła, takie, jakie często dają w hotelach.
- Tam - wskazałam stojący dokładnie na środku stolik, bo Abe zaczynał kręcić się po pomieszczeniu zniecierpliwiony.
- Na pewno? Myślałem, że tacy jak wy siedzą raczej z boku - spojrzałam na niego z powątpiewaniem. - Znaczy, na filmach zawsze tak było - zmieszał się.
- Tacy jak my? To znaczy?
- Właściwie to nie wiem. Tacy no... - popatrzył na uciekające nam z drogi dzieciaki i wskazał je palcem - o tacy, o.
- Ah - uśmiechnęłam się szeroko zajmując miejsce koło Nate'a.
Wszyscy, chcąc nie chcąc, wpatrywali się w nas z zaciekawieniem. Prawdę mówiąc stanowiliśmy coś na wzór pary królewskiej. Choć pary, to też trochę za dużo powiedziane. Mimowolnie, jeszcze szerzej, uśmiechnęłam się do własnych myśli.
- Często pojawia się tu ktoś nowy? - zapytał Abe nieco spłoszony takim zachowaniem.
- Nie specjalnie. Większość, to tak zwani "stali bywalcy" - odpowiedziałam mając na myśli również siebie samą.
- Biedne dzieciaki.
- Czy ja wiem, większość z nich sobie na to zasłużyła.
- No a ty?
Cisza. Uniosłam głowę tylko na chwilę, by sprawdzić, czy moje przypuszczenia okazały się prawdziwe. Drzwi wejściowe lekko skrzypnęły. Bar z jedzeniem opustoszał tylko po to, by tuż po jej odejściu ponownie zostać oblężonym przez głodne dzieci.
- O, Lilly - uśmiechnęłam się i pomachałam jej lekko.
Podeszła, a raczej podpłynęła do stolika i usiadła pomiędzy dwoma wolnymi miejscami. Kiwnęła nieznacznie głową na znak, że usłyszała. Obdarzyła Abe'a taksującym spojrzeniem, po czym wlepiła wzrok w swoją tace, na której stała tylko miseczka z budyniem czekoladowym.
Nate wzdrygnął się , trudno powiedzieć czy ze strachu, czy czy obrzydzenia.
- ...nigdy nie byłem w Waszyngtonie... - dobiegł mnie strzępek czyjejś rozmowy.
- Ja też, ja też - udzieliłam odpowiedzi osobie, która nieświadomie podsunęła nam temat do rozmowy , a która nie mogła jej usłyszeć, bo znalazła się zbyt daleko.
Westchnęłam, bo Nate spojrzał na mnie znacząco.
- Bawcie się dobrze.
- Nie jedziesz? Dlaczego?
- Trzeba mieć pozwolenie od opiekuna lub ewentualnie od kierownika ośrodka. Za dobre sprawowanie oczywiście - wyręczył mnie Nate krzywiąc się lekko.
- W takim razie zostanę z tobą, nie muszę nigdzie jechać - odpowiedział Abe.
- Nie ma mowy - syknęłam spychając jego rękę z mojego ramienia. - To już prawie taka tradycja.
- Za miesiąc jedziemy jeszcze do Dallas - przypomniał. - Może wtedy...
Przerwałam mu kręcąc energicznie głową.
- Myślałeś, że nie próbowałem jej przekonać? - burknął Nate.

10.11.2011

Chapter 8 "The Explanations"

Weszłam z powrotem do środka trąc mokre włosy ręcznikiem, który po chwili rzuciłam gdzieś w kąt. Pośpiesznie wyjęłam pieniądze z kieszeni i wcisnęłam pod materac.
- Nate! - wydarłam się skacząc po jego łóżku.
Mruknął coś, ale nie usłyszałam co dokładnie, bo sprężyny skrzypiały nieznośnie.
- Nate!
- Co? - podniósł delikatnie głowę.
No właśnie, co? Czemu skaczę jak ogłupiała? Przystanęłam na chwilkę udając, że głęboko nad czymś myślę.
- Nie wiem.
Uniósł jedną brew tak wysoko, że niemal zniknęła pod ciemną czupryną. Zastanowiłam się co by się stało gdybym mu powiedziała dlaczego. Czy Abe by oberwał? Albo raczej: czy Nate próbowałby mu coś urwać? Nikt zbytnio by się nie zdziwił... W końcu byli tu różni ludzie: dzieci niechciane, osierocone, mali przestępcy, ci, którzy nie mieli równo pod sufitem i ci, w których głowie nie wszystko było poukładane. Ledwo powstrzymałam się by nie zachichotać. Tymczasem Nate rozejrzał się po pokoju.
- Gdzie Abe? Był tu przed chwilą, nie? - podrapał się po głowie.
Zmroziło mnie. Teraz albo nigdy.
Nigdy.
Po chwili przypomniałam sobie co tak właściwie powiedział. Przed chwilą? Jeden z kącików ust uniósł się nieznacznie w górę.
- No, a teraz z czego się cieszysz?
Zaśmiałam się tym razem otwarcie i rzuciłam na skrawek łóżka obok niego.
- Boję się o ciebie - szepnął.
- Tak? Dlaczego? Niekontrolowane wybuchy śmiechu i radość to choroba psychiczna? Taka jaką ma Oliver?
Teraz nawet on się uśmiechnął.
- Daj spokój, nie śmiej się z niego. Biedak mógł się zabić.
- Wiem, przepraszam.
Podciągnęłam się na rękach i pocałowałam go delikatnie w policzek.
- Rusz się, zaraz kolacja.
- A Abe?
- Raczej się nie zgubił. Na pewno nas znajdzie.
- O tak, pewnie poszedł wyrywać jakieś laski na ten swój olśniewający uśmiech.
- Nate - ostrzegłam go, choć przyszło mi to z trudem, bo gardło miałam ściśnięte. 
Wstałam i pociągnęłam go za rękę by również wstał. Stanął przede mną i lekko się zachwiał.
- No a ty gdzie byłaś?
- Eee, byłam u Lilly... - nie zdążyłam dokończyć bo mi przerwał:
- U Lily? U tej małej...
- Nate - upomniałam go znowu - chyba się zapędziłeś, co? Bez zbędnych komentarzy proszę.
- Mhm - mruknął.
- A potem wzięłam prysznic - wskazałam na ociekające wodą włosy.
Przyjrzał mi się uważniej.
- I co, cały dzień go nie widziałaś?
- Właściwie - zastanowiłam się przez chwilę nad tym co mam mu powiedzieć - to widziałam go w łazience.
Przecież nie było sensu kłamać.
- Tak? - jedna brew ponownie powędrowała wysoko w górę. - A co tam robił?
- Wychodził - uśmiechnęłam się lekko.
Nate westchnął.
- Kolacja, tak? Chodźmy.

*

Krótki, wiem ;)

5.11.2011

Chapter 7 "The Heat"

Ale zaraz błysk w oku znikł i wiedziałam już, że w jakimkolwiek celu było dzisiejsze spotkanie, to sprawa jest przegrana.
- No to chyba już pójdę. Zbyt dużo ekscesów jak na jeden dzień.
Miałam tylko nadzieję, że się nie obrazi. Chociaż... jakie to miało właściwie znaczenie? Czekolada, tak! Pstryknęłam palcami wstając od stolika i podchodząc do baru.
- Gorącą czekoladę - powiedziałam patrząc na chłopca, którego wcześniej zepchnęłam z krzesła.
Nie poruszył się choćby o milimetr.
- Już! - rozkazałam.
Kwiknął przerażony i niczym spłoszony królik pognał za kontuar. Wrócił po chwili niosąc parujący, wypełniony po brzegi styropianowy kubek. Otarł spocone czoło, postawił go na blacie i bardzo ostrożnie przesunął go w moją stronę jednym palcem.
- Dziękuję - uśmiechnęłam się słodko i już miałam wyjść, kiedy:
- Dolar trzydzieści - szepnął nieśmiało.
Zmrużyłam oczy, ale posłusznie wsadziłam rękę to kieszeni przetartych, bawełnianych szortów i wyjęłam z niej gruby zwitek banknotów. Oparłam łokcie na barze i przesuwając w ręku kolejne bilony szukałam czegoś drobniejszego niż sto. Kątem oka dostrzegłam wielkie jak spodki oczy dzieciaka, który z zachwytem wpatrywał się w zielony zwitek. Widać było, że liczy: sto, dwieście, trzysta... W końcu położyłam na ladzie lekko zmiętą dziesiątkę.
- Reszta dla ciebie - szepnęłam do niego puszczając oczko.
Wyszłam na zewnątrz. Gorące, suche powietrze uderzyło mnie w twarz. Może ta czekolada to nie był taki dobry pomysł, pomyślałam drepcząc w stronę domu.
Otworzyłam drzwi, powoli zerkając do środka przez wąską szparę. Śpią. O, co za nowość. Wrzuciłam na siebie pierwsze, lepsze ciuchy, chwyciłam przewieszony przez ramę łóżka ręcznik i chyłkiem wymknęłam się z powrotem na zewnątrz.
Na posadzce w łazience wciąż znajdowała się spora warstwa wody. Choć wszystkie kabiny prysznicowe były wolne, i tak wybrałam tę na samym końcu.
Gorąca czekolada i zimny prysznic. Dokładnie to, czego potrzebowałam. Postawiłam kubek na podłodze i przymknęłam drzwi. Nie miały zamka.
Przyjemny powiew omiótł mi szyję. Odchyliłam głowę nieco do tyłu szukając potencjalnego źródła przyjemnego wietrzyku. Ale plecy natrafiły na coś zupełnie innego. Dłoń, zdecydowanie czyjaś dłoń. Nie poruszyłam się czekając na to, co nastąpi.
Koś, delikatnie, opuszkiem palca przejechał po linii kręgosłupa kierując się w dół. Niepewnie poniosłam ręce do góry, czując, jak luźna, szara bokserka zsuwa mi się z ramion. Przełknęłam ślinę, nie ze strachu, raczej z... zaciekawienia? Niemal słyszałam płynącą w żyłach krew i serce, które biło tak szybko, że bałam się czy nie dostanę zawału. Ale tylko przez chwilę, bo ktoś energicznym ruchem chwycił mnie za nadgarstek, obrócił wokół własnej osi i pchnął na przeciwległą ścianę. Ledwo udało mi się utrzymać równowagę, byłam tak zadyszana, że dopiero po chwili udało mi się coś wykrztusić.
- Nigdy więcej tak nie rób - zagroziłam mu wymachując palcem w ostrzegawczym geście.
Uśmiechnął się zdawkowo. Nie zdążyłam nic dodać, bo - jak na mój gust zbyt gwałtownie przycisnął swoje usta do moich, przygważdżając mnie do ściany. Z początku nie stawiałam zbyt dużego oporu, ale po chwili delikatnie odepchnęłam go od siebie.
- Abe - zaczęłam tonem matki, która tłumaczy dziecku, że głaskanie kota pod włos nie jest najlepszym pomysłem.
Mina zbitego psa... powinnam to przewidzieć.
- Abe, nie bierz mnie na litość - powiedziałam, i niemal od razu roześmiałam się, bo uświadomiłam sobie jak dosłownie to zabrzmiało.
Boże, dlaczego zawsze jest mi ich tak strasznie żal? Stał nieco rozczarowany, więc zdziwił się, kiedy oplotłam go w pasie jedną nogą. Mokre od lodowatej wody spodenki lepiły się do nóg, a włosy do pleców.
- Ale Kay...- zaczął.
- A kogo to obchodzi - uśmiechnęłam się szyderczo.
Patrzył się na mnie najwyraźniej bardzo zaintrygowany.
- Ale...
- Och, zamknij się... - szepnęłam i pocałowałam go raz jeszcze.
Przerwał tylko na chwilę, by uśmiechnąć się do mnie szeroko. A potem chwycił mnie mocniej w talii i przyciągnął bliżej siebie. Nie słyszałam już kroków na mokrej posadzce, kogoś biorącego prysznic w kabinie obok ani kapiącej nerwowo wody.
Nic, zupełnie nic.