Leżałam tępo gapiąc się w śnieżnobiały sufit i próbując dopatrzeć się na nim jakichkolwiek plam, czy nierówności.
I co teraz? Skończą się wakacje i Abe pojedzie. Nie będę musiała się z niczego tłumaczyć.
I tak nie będę się z niczego tłumaczyć! Jest moim przyjacielem, a nie zaborczym narzeczonym. To nie jego sprawa... w sumie.
Przez chwilę miałam ochotę się uśmiechnąć, ale jakoś nie mogłam. To chyba nie jest temat do żartów. Nie chcę, żeby Abe wyjeżdżał, ale tak będzie lepiej. Dla mnie, dla niego, dla nich. Nie chcę kłamać, choć przecież nigdy się przed tym nie hamowałam. Tak po prostu się nie robi. Z drugiej strony, chyba nie potrafiłabym inaczej... Czy mogłabym zrezygnować z któregoś z nich?
Ktoś zakukał do drzwi, jak zwykle w najmniej odpowiednim momencie.
- Nate - szepnęłam.
Nie poruszył się. Dźgnęłam go palcem w ramię. Nic, zero reakcji. podniosłam się na łokciach by nieco lepiej widzieć. Śpi, rany boskie, śpi! Wywróciłam teatralnie oczami.
Wychyliłam głowę ponad parapet (mając na uwadze, by następnym razem nie zapomnieć spuścić rolet), by zobaczyć kto stoi za drzwiami. Pusto? Znowu jakiś żart?
Ale ktoś zapukał raz jeszcze. Wstałam ociągając się lekko, podeszłam do drzwi i otworzyłam je mocnym szarpnięciem. W progu stał, a raczej siedział, Abe i najwyraźniej był już porządnie znudzony, bo bawił się sznurówką.
- O! - sapnął kiedy mnie zobaczył i wstał podpierając się o futrynę.
- Tak, wiesz, mieszkam tu - sarknęłam w odpowiedzi na niezbyt miłe powitanie.
- Chciałem wejść, ale... - wskazał drzwi.
- To dlaczego tego nie zrobiłeś? - przerwałam mu i dopiero wtedy uświadomiłam sobie czego byłby świadkiem, gdyby tak po prostu wkroczył do pokoju.
- Drzwi były zamknięte.
- Nieprawda, były otwarte. Po prostu nie umiesz ich obsługiwać.
- Mogę wejść? Stoję tu już chyba z pół godziny i czekam aż ktoś sobie o mnie przypomni...
"Marne szanse" mruknęłam pod nosem, otwierając szerzej drzwi, żeby wpuścić go do środka. Niemal od razu padł na maleńki narożnik wciśnięty w kąt przy drzwiach. Spojrzał na stojące naprzeciw piętrowe łóżko.
- A temu co?
Zajęło mi chwilę, zanim zrozumiałam o kogo mu chodzi.
- Jak go ostatni raz widziałem to taki padnięty nie był - podrapał się po brodzie i zerknął na mnie z ukosa.
Zachichotałam cicho.
- Dziwna jest ta cała sprawa z wami.
- Nami? Dlaczego?
- Pomyślałbym, że jesteście rodzeństwem, gdybym nie wiedział, że to nieprawda. Tylko, że brat i siostra w gruncie rzeczy się tak nie zachowują - łypnął na mnie spode łba najwyraźniej urażony. - Chyba, że to jakiś szczególny przypadek patologii.
- Daj spokój - odpowiedziałam bezbarwnym głosem, bo moje myśli błądziły zupełnie gdzie indziej.
Zapadła cisza, którą tylko na sekundę zmąciło ciche chrapnięcie. Abe z trudem stłumił śmiech, ale natychmiast się uspokoił, bo dostał łokciem w żebra.
- Zastanawiam się co będzie po wakacjach - odezwał się po jakimś czasie.
Sprężyny skrzypnęły, kiedy usiadłam na skrawku kanapy obok niego.
- A co masz na myśli? To, że skończy się lato, a ty wrócisz do swojej wspaniałej willi z basenem i zapomnisz o swojej małej, ciemnowłosej przyjaciółce? - spytałam z udawanym żalem przeciągając palcem po jego nagim ramieniu. Przeszedł go lekki dreszcz.
- Zdziwiłabyś się - już miałam zapytać o co mu chodziło, kiedy dodał: - Miałem na myśli to, że mam zamiar zostać tu po wakacjach.
Przez chwilę zastanawiałam się, czy na pewno dobrze usłyszałam.
- To wspaniale, tak się cieszę.
No to mamy problem, pomyślałam, rzucając mu się na szyję i zastanawiając się, czy bardziej chce mi się śmiać, czy płakać.
- Wiesz, za dwa tygodnie jedziemy do Bostonu. Mają większe pokoje, no i ośrodek jest prawie w centrum miasta...
- To ten poprawczak zmienia miejsca?
- To nie jest poprawczak - odpowiedziałam obrażonym tonem. - Trafiają tu dzieciaki bez rodziców, te, których rodzice mają wystarczająco dużo pieniędzy, by się ich pozbyć i te z problemami. Prawdziwy kocioł. I tak, tu, w Stratford spędzamy tylko wakacje. W Bostonie cały rok jest tak samo buro, kiedy tu, jest piękna pogoda. Szczerze mówiąc to jej nienawidzę.
- Widzę, że się cieszysz.
- No jasne. To duże miasto, w porównaniu z tym zielonym zadupiem.
- Rozumiem.
- O co ci chodzi?
- Sam nie wiem.
- Aha, nie wiesz o co ci chodzi, ale chodzi ci o to bardzo mocno. Zachowujesz się jak baba.
- Może i tak, w odróżnieniu od ciebie...
- No wiesz?! - warknęłam obrażona.
- Przepraszam, ale chyba sama przyznasz, że czasami po prostu nie wypada - zerknął na Nate'a rozwalonego na łóżku.
- Ah, serio? Ostatnio jakoś ci to nie przeszkadzało. Dlaczego wtedy nie przedstawiłeś mi swoich "zasad moralnych"? Poza tym, jak one niby brzmią? - syknęłam złośliwie .
Cisza. Patrzył niewidzącym wzrokiem gdzieś w zamknięte okno.
- Mogę robić co chcę i z kim chcę - dodałam już nieco ciszej, starając się włożyć w to jak najwięcej jadu. - Zdaje się, że początek tej rozmowy miał mi coś zasugerować. Odpowiedź brzmi: nie. Nie dlatego, że ktoś cię ubiegł, tylko dlatego, że ja tak mówię. Jeśli taki układ cie nie pasuje, to wyjdź i ani waż się wracać.
Przez chwilę sprawiał wrażenie, jakby naprawdę chciał to zrobić, ale powstrzymał się i mocniej oparł o poduszki.
-Brzydki nie jesteś. Właściwie, to całkiem przystojny. Przejdź się, ochłonij i spróbuj szczęścia gdzie indziej. Może ktoś się skusi... - przerwałam widząc jego mordercze spojrzenie. - Nie obrażaj się, przecież widzę, że tego chcesz.
Przekręcił się tak, by lepiej mnie widzieć.
- Naprawdę tak myślisz?
Nie odpowiedziałam, tylko wstałam i powoli przeszłam przez pokój. Usiadłam pomiędzy rozłożonymi nogami Nate'a i obserwując jak Abe bierze głęboki oddech, pochyliłam się nad nim, by szepnąć:
- Nate, wstawaj.
Z niesamowitą, jak na dopiero co obudzoną osobę, siłą złapał mnie za nadgarstek i pociągnął tak, bym znalazła się tuż obok niego. Chwycił moją twarz w obie dłonie i delikatnie pocałował w czoło.
- Cześć, mała - wymruczał mi do ucha.
Objął mnie ramieniem i przyciągnął bliżej siebie. Zasnęłam wtulona w jego tors, czując na sobie wzrok Abe'a.