15.11.2011

Chapter 9 "The Reasons"

Na zewnątrz czuło się już nadchodzący wieczór. Słońce zaczynało chować się za horyzontem, niebo zabarwiło się na różowo, powietrze wypełniło się charakterystycznym dla letniej nocy zapachem.
- Na co masz ochotę? - zagadnął biorąc do ręki czerwoną, plastikową tacę.
- Mówisz jakbym miała jakiś wybór.
- No tak - uśmiechnął się.
Kolejka przesuwała się potwornie wolno. Ktoś klepnął mnie w ramię. Nie musiałam się odwracać, żeby wiedzieć kto to.
- O, już jesteś.
- Co wy tu jadacie na kolację? To znaczy, co wy tu w ogóle jecie? - zapytał Abe z nadmierną ciekawością.
- Dziś? - wyciągnęłam szyję by lepiej zobaczyć gablotę podobną do tych, które umieszcza się w supermarketach na dziale mięsnym stojącą w drugim końcu pomieszczenia. - Gluty, albo gluty.
- Kate - mruknął Nate - chyba nie chcesz zniesmaczyć naszego nowo-przybyłego hmm... kolegi? - zwrócił się do niego - Chyba jakieś tosty, sok, dżem, nutella... to co zawsze, Na kolację no i na śniadanie zresztą też.
- Pięknie - bąknął Abe.
Położyłam na tacy pszenny tost i opakowanie masła, takie, jakie często dają w hotelach.
- Tam - wskazałam stojący dokładnie na środku stolik, bo Abe zaczynał kręcić się po pomieszczeniu zniecierpliwiony.
- Na pewno? Myślałem, że tacy jak wy siedzą raczej z boku - spojrzałam na niego z powątpiewaniem. - Znaczy, na filmach zawsze tak było - zmieszał się.
- Tacy jak my? To znaczy?
- Właściwie to nie wiem. Tacy no... - popatrzył na uciekające nam z drogi dzieciaki i wskazał je palcem - o tacy, o.
- Ah - uśmiechnęłam się szeroko zajmując miejsce koło Nate'a.
Wszyscy, chcąc nie chcąc, wpatrywali się w nas z zaciekawieniem. Prawdę mówiąc stanowiliśmy coś na wzór pary królewskiej. Choć pary, to też trochę za dużo powiedziane. Mimowolnie, jeszcze szerzej, uśmiechnęłam się do własnych myśli.
- Często pojawia się tu ktoś nowy? - zapytał Abe nieco spłoszony takim zachowaniem.
- Nie specjalnie. Większość, to tak zwani "stali bywalcy" - odpowiedziałam mając na myśli również siebie samą.
- Biedne dzieciaki.
- Czy ja wiem, większość z nich sobie na to zasłużyła.
- No a ty?
Cisza. Uniosłam głowę tylko na chwilę, by sprawdzić, czy moje przypuszczenia okazały się prawdziwe. Drzwi wejściowe lekko skrzypnęły. Bar z jedzeniem opustoszał tylko po to, by tuż po jej odejściu ponownie zostać oblężonym przez głodne dzieci.
- O, Lilly - uśmiechnęłam się i pomachałam jej lekko.
Podeszła, a raczej podpłynęła do stolika i usiadła pomiędzy dwoma wolnymi miejscami. Kiwnęła nieznacznie głową na znak, że usłyszała. Obdarzyła Abe'a taksującym spojrzeniem, po czym wlepiła wzrok w swoją tace, na której stała tylko miseczka z budyniem czekoladowym.
Nate wzdrygnął się , trudno powiedzieć czy ze strachu, czy czy obrzydzenia.
- ...nigdy nie byłem w Waszyngtonie... - dobiegł mnie strzępek czyjejś rozmowy.
- Ja też, ja też - udzieliłam odpowiedzi osobie, która nieświadomie podsunęła nam temat do rozmowy , a która nie mogła jej usłyszeć, bo znalazła się zbyt daleko.
Westchnęłam, bo Nate spojrzał na mnie znacząco.
- Bawcie się dobrze.
- Nie jedziesz? Dlaczego?
- Trzeba mieć pozwolenie od opiekuna lub ewentualnie od kierownika ośrodka. Za dobre sprawowanie oczywiście - wyręczył mnie Nate krzywiąc się lekko.
- W takim razie zostanę z tobą, nie muszę nigdzie jechać - odpowiedział Abe.
- Nie ma mowy - syknęłam spychając jego rękę z mojego ramienia. - To już prawie taka tradycja.
- Za miesiąc jedziemy jeszcze do Dallas - przypomniał. - Może wtedy...
Przerwałam mu kręcąc energicznie głową.
- Myślałeś, że nie próbowałem jej przekonać? - burknął Nate.

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz