Na dźwięk mojego głosu wzdrygnął się i przetoczył na plecy lądując z łomotem na podłodze. Nate zatrząsł się ze śmiechu ciągnąc walizkę przez pokój.
- Za 15 minut na placu. Odjeżdżamy - rzuciłam i wyszłam na zewnątrz.
Byli tam już chyba wszyscy.
- Brakuje jeszcze 3 osób! - wydarła się jedna z opiekunek.
- Abe już się ubiera - szepnęłam.
- W takim razie tylko 2! - jakimś cudem mnie usłyszała i krzyknęła po raz drugi.
Rozejrzałam się po placu, nagle rozumiejąc o kogo chodzi.
- Pójdę po nie.
***
Delikatnie zapukałam do drzwi, które skrzypnęły i stanęły otworem.
- Lilly? - szepnęłam, nie wiedząc czego mam się spodziewać.
- Już idziemy - usłyszałam głos, który z pewnością do niej nie należał, a był poza zasięgiem mojego wzroku.
Usłyszałam ciężkie kroki, najwyraźniej porządnie zmęczonej osoby. Chwilę później stanęła przede mną dziewczyna, której nigdy wcześniej nie widziałam.
Była ode mnie wyższa, ale z pewnością nie chudsza. Równie blada, co jej współlokatorka, z długimi, prostymi, płomiennymi włosami, piegowatą twarzą i dłońmi.
Jedną z nich wyciągnęła w moją stronę.
- My się chyba nie znamy? Susan.
Z oczami wielkimi jak spodeczki, podałam jej uprzejmie swoją dłoń.
- Kate.
- Tak jak już mówiłam, zaraz przyjdziemy. Lilly właśnie... - urwała i obejrzała się za siebie.
Dziewczyna siedziała na podłodze ze zwieszoną głową. Ta druga podbiegła do niej i przykucnęła tuż obok. Szeptała coś do niej. Zupełnie jak do autystycznego dziecka - pomyślałam.
Po chwili Lilly podniosła się ostrożnie i podeszła do mnie powoli. W otwartej dłoni trzymała glinianą doniczuszkę wielkości naparstka. A w niej coś, czego nie potrafiłabym sobie wyobrazić - roślinka o łodyżce nieco grubszej od włosa. Na jej czubku znajdowała się masa maciupeńkich kwiatków o płatkach wielkości główki od szpilki. Jeden bladoróżowy, jeden błękitny... można by wymieniać w nieskończoność, bo kwiatki mieniły się i opalizowały w zależności od kąta padającego światła.
- To prezent - odezwała się nagle Susan.
Z niedowierzaniem chwyciłam doniczkę dwoma palcami, uważając by jej nie zgnieść, i ostrożnie podniosłam do oczu, by lepiej się przyjrzeć. Pod wpływem mojego oddechu kołysała się jak podczas huraganu.
- Chce, żebyś się nią opiekowała.
Spojrzałam na Lilly. Jej twarz jak zwykle niczego nie wyrażała.
- Dziękuję - powiedziałam nieśmiało. - Możemy już iść?
Obie powlokły się na mną, po grząskim piasku i wysokiej trawie, która wkręcała się w drobne kółka walizek, w stronę zaciekawionych spojrzeń dzieciaków.
Przyznam się szczerze, że nie przepadam za czytaniem opowiadań na blogerze ale Twoje jest niesamowite i z niecierpliwością czekam na kolejny rozdział! ; ))
OdpowiedzUsuń