22.11.2011

Chapter 10 "The Loneliness"

Szary, zakurzony autobus odjechał z podjazdu. Weszłam do domku trzaskając drzwiami do akompaniamentu młotów pneumatycznych i gigantycznych ciężarówek przypominających czołgi. Kto by pomyślał, żeby budować hotel tuż przy ośrodku wychowawczym?
Chwyciłam upuszczoną w progu, sfalowaną od wilgoci gazetę (którą de facto próbowałam przeczytać już od tygodnia, z marnym z resztą skutkiem) i wyszłam na zewnątrz akurat w momencie, gdy w powietrze wzbiła się chmura duszącego dymu i białego pyłu. Machając rękami by odpędzić je od siebie ruszyłam w stronę, gdzie powinna się znajdować najbliższa ławka.
Mój piszczel odnalazł ją dużo szybciej niż oczy. Ze złością kopnęłam ją drugą, sprawną nogą i z wahaniem przed odwetem ułożyłam się na niej, akurat gdy zza szarej chmury wyjrzało słońce.
Chwilę później - przynajmniej tak mi się wydawało - dobiegła mnie fala zimna i uświadomiłam sobie, że się zdrzemnęłam. A po sekundzie byłam już cała mokra. Zgarniając włosy z mokrej twarzy i, trochę oszołomiona, przecierając oczy rozejrzałam się po okolicy. Za grubą, drucianą siatką stało dwóch robotników zaśmiewających się złośliwie.
Dopiero potem zobaczyłam dość spory, betonowy klocek leżący na brzegu niewielkiego, porośniętego trzciną bajorka, który najwyraźniej spadł z haka stojącego najbliżej dźwigu.
- Niech się panowie cieszą, że jest tu ta siatka - powiedziałam i zgodnie z moimi przypuszczeniami ci dwaj zamilkli nagle i zniknęli pomiędzy podobnymi betonowymi blokami.
Pobliskie dachy, łącznie z tym moim, pokryte były lepkim, brązowym szlamem.

***

Kolejne kilka dni, choć właściwie nie wiem ile ich było, również minęły mi na obserwowaniu uwijających się za siatką robotników, z których ⅓ robiła cokolwiek w ramach swojej pracy, a reszta siedziała oparta o betonowy mur z puszką piwa w ręku.
- Te, panienko - krzyknął jeden z nich wystawiając puszkę w moim kierunku.
- Ciepłe? - spytałam, a raczej odkrzyknęłam.
Pociągnął mały łyk i odpowiedział:
- Taaak, chyba, że ci to przeszkadza...
- Właściwie to... - ale nie zdążyłam dokończyć, bo ktoś położył mi dłoń na ramieniu, dziwnie chłodną, na rozpalonej słońcem skórze.
- Właściwie, to ona musi już iść - powiedział.
- Nate! - wydarłam się odwracając się gwałtownie i rzucając mu na szyję.
- Ej, chłopcze - krzyknął stojący ciągle za siatką mężczyzna - pożycz nam ją, na godzinkę-dwie. Chyba nie będzie ci teraz potrzebna, co? - zaśmiał się gorzko, a wraz z nim kilku jego kolegów.
- Przykro mi, panowie, ale mam już pewne plany - również się uśmiechnął.
"Co?" wyartykułowałam bezgłośnie patrząc na niego ze zdziwieniem. Przyłożył palec do ust, dając mi znak, żebym po prostu się zamknęła, a potem szepnął:
- Chodź.
Zdążyłam rozejrzeć się dookoła, widząc wysiadających z autobusu ludzi, zanim zostałam wepchnięta do środka.
Nate podszedł do małej lodówki w przeciwległym końcu pokoju i wyciągnął z niej butelkę jakiegoś napoju energetyzującego.
- Więc... gdzie jest Abe?- spytałam.
Wzruszył tylko ramionami i oparł się plecami o lodówkę, tyłem do mnie. Usiadłam na brzegu łóżka i podskoczyłam na nim tak, by zaskrzypiało leciutko. Nate odwrócił się rozbawiony.
- No ty chyba nie myślisz, że...
- Bo...
- No przecież musiałem cię jakoś stamtąd wyciągnąć. Chyba nie chcesz do nich wrócić, co?
- Nie, nie chcę - odpowiedziałam tonem małej, obrażonej dziewczynki. - Ale ty...
Upił łyk i przez dłuższą chwilę stał w zupełnej ciszy przyglądając mi się badawczo.
- Ależ niesamowicie uparta jesteś - uśmiechnął się rozbrajająco, błyskawicznym ruchem ściągając z siebie koszulkę. - Nie sądzę, żeby to był jakiś specjalnie dobry pomysł, ale...  - spojrzał na mnie z góry opierając się rękami o materac tuż nad moją głową.
Nie udało mi się przypomnieć chwili, w której zdążyłam się położyć.
- Tak długo się nie widzieliśmy - powiedziałam szeptem przeciągając palcem po jego szyi, a drugą dłoń, powoli wplatając we włosy.
Materac lekko skrzypnął, Nate skrzywił się.
- Daj spokój - szepnęłam delikatnie odwracając twarz z powrotem w moją stronę.
Uśmiechnął się - tak wyglądał zdecydowanie lepiej.
- Na czym skończyliśmy?
Zachichotałam, czując, że pod jego ciężarem zapadam się głębiej w puszystą narzutę.

2 komentarze:

  1. Jprdl. nie wytrzyma ona raz śpi z tym raz z tamtym niech się w końcu zastanowi, żeby spac własnym przyjacielem? OMG... to opowiadanie robi się zbyt ... jednoznaczne!

    OdpowiedzUsuń
  2. spokojnie, spokojnie ;)
    powoli wszystko będzie się wyjaśniać.

    OdpowiedzUsuń