5.11.2011

Chapter 7 "The Heat"

Ale zaraz błysk w oku znikł i wiedziałam już, że w jakimkolwiek celu było dzisiejsze spotkanie, to sprawa jest przegrana.
- No to chyba już pójdę. Zbyt dużo ekscesów jak na jeden dzień.
Miałam tylko nadzieję, że się nie obrazi. Chociaż... jakie to miało właściwie znaczenie? Czekolada, tak! Pstryknęłam palcami wstając od stolika i podchodząc do baru.
- Gorącą czekoladę - powiedziałam patrząc na chłopca, którego wcześniej zepchnęłam z krzesła.
Nie poruszył się choćby o milimetr.
- Już! - rozkazałam.
Kwiknął przerażony i niczym spłoszony królik pognał za kontuar. Wrócił po chwili niosąc parujący, wypełniony po brzegi styropianowy kubek. Otarł spocone czoło, postawił go na blacie i bardzo ostrożnie przesunął go w moją stronę jednym palcem.
- Dziękuję - uśmiechnęłam się słodko i już miałam wyjść, kiedy:
- Dolar trzydzieści - szepnął nieśmiało.
Zmrużyłam oczy, ale posłusznie wsadziłam rękę to kieszeni przetartych, bawełnianych szortów i wyjęłam z niej gruby zwitek banknotów. Oparłam łokcie na barze i przesuwając w ręku kolejne bilony szukałam czegoś drobniejszego niż sto. Kątem oka dostrzegłam wielkie jak spodki oczy dzieciaka, który z zachwytem wpatrywał się w zielony zwitek. Widać było, że liczy: sto, dwieście, trzysta... W końcu położyłam na ladzie lekko zmiętą dziesiątkę.
- Reszta dla ciebie - szepnęłam do niego puszczając oczko.
Wyszłam na zewnątrz. Gorące, suche powietrze uderzyło mnie w twarz. Może ta czekolada to nie był taki dobry pomysł, pomyślałam drepcząc w stronę domu.
Otworzyłam drzwi, powoli zerkając do środka przez wąską szparę. Śpią. O, co za nowość. Wrzuciłam na siebie pierwsze, lepsze ciuchy, chwyciłam przewieszony przez ramę łóżka ręcznik i chyłkiem wymknęłam się z powrotem na zewnątrz.
Na posadzce w łazience wciąż znajdowała się spora warstwa wody. Choć wszystkie kabiny prysznicowe były wolne, i tak wybrałam tę na samym końcu.
Gorąca czekolada i zimny prysznic. Dokładnie to, czego potrzebowałam. Postawiłam kubek na podłodze i przymknęłam drzwi. Nie miały zamka.
Przyjemny powiew omiótł mi szyję. Odchyliłam głowę nieco do tyłu szukając potencjalnego źródła przyjemnego wietrzyku. Ale plecy natrafiły na coś zupełnie innego. Dłoń, zdecydowanie czyjaś dłoń. Nie poruszyłam się czekając na to, co nastąpi.
Koś, delikatnie, opuszkiem palca przejechał po linii kręgosłupa kierując się w dół. Niepewnie poniosłam ręce do góry, czując, jak luźna, szara bokserka zsuwa mi się z ramion. Przełknęłam ślinę, nie ze strachu, raczej z... zaciekawienia? Niemal słyszałam płynącą w żyłach krew i serce, które biło tak szybko, że bałam się czy nie dostanę zawału. Ale tylko przez chwilę, bo ktoś energicznym ruchem chwycił mnie za nadgarstek, obrócił wokół własnej osi i pchnął na przeciwległą ścianę. Ledwo udało mi się utrzymać równowagę, byłam tak zadyszana, że dopiero po chwili udało mi się coś wykrztusić.
- Nigdy więcej tak nie rób - zagroziłam mu wymachując palcem w ostrzegawczym geście.
Uśmiechnął się zdawkowo. Nie zdążyłam nic dodać, bo - jak na mój gust zbyt gwałtownie przycisnął swoje usta do moich, przygważdżając mnie do ściany. Z początku nie stawiałam zbyt dużego oporu, ale po chwili delikatnie odepchnęłam go od siebie.
- Abe - zaczęłam tonem matki, która tłumaczy dziecku, że głaskanie kota pod włos nie jest najlepszym pomysłem.
Mina zbitego psa... powinnam to przewidzieć.
- Abe, nie bierz mnie na litość - powiedziałam, i niemal od razu roześmiałam się, bo uświadomiłam sobie jak dosłownie to zabrzmiało.
Boże, dlaczego zawsze jest mi ich tak strasznie żal? Stał nieco rozczarowany, więc zdziwił się, kiedy oplotłam go w pasie jedną nogą. Mokre od lodowatej wody spodenki lepiły się do nóg, a włosy do pleców.
- Ale Kay...- zaczął.
- A kogo to obchodzi - uśmiechnęłam się szyderczo.
Patrzył się na mnie najwyraźniej bardzo zaintrygowany.
- Ale...
- Och, zamknij się... - szepnęłam i pocałowałam go raz jeszcze.
Przerwał tylko na chwilę, by uśmiechnąć się do mnie szeroko. A potem chwycił mnie mocniej w talii i przyciągnął bliżej siebie. Nie słyszałam już kroków na mokrej posadzce, kogoś biorącego prysznic w kabinie obok ani kapiącej nerwowo wody.
Nic, zupełnie nic.

2 komentarze:

  1. Zaczyna robic się ostro... ;p fajne o jest :D serio

    OdpowiedzUsuń
  2. 45 year old Accountant III Jilly Longmuir, hailing from Clifford enjoys watching movies like Chapayev and Embroidery. Took a trip to Old Towns of Djenné and drives a Econoline E150. odwiedz strone

    OdpowiedzUsuń