30.12.2011

Organizacyjny

Teraz opowiadanie dostępne też na:

Chapter 16 "The Changes"

Do tego pokoju trafiłabym nawet z zamkniętymi oczami. Chodziłam chwilę w kółko, nie mogąc się zdecydować, czy naprawdę chcę to zrobić.
W końcu zapukałam cichutko, ale nikt nie otworzył. Zapukałam po raz drugi, tym razem bardziej natarczywie.
Usłyszałam kroki, a po chwili w szczelinie między drzwiami a framugą ujrzałam parę ciemnych oczu, które z pewnością nie należały do żadnego z nich.
- Ja chyba... - zaczęłam, ale mi przerwał.
- Nie, raczej nie. Kate, tak?
- Znamy się? - spytałam, gdy szerzej otworzył drzwi.
Kiedy weszłam, zobaczyłam rozwalonego na kanapie Nate'a i siedzącego przed telewizorem Abe'a.
- Od kiedy to nauczyłaś się pukać? -zapytał.
- Myślałam, że pomyliłam pokoje.
Postanowiłam go ignorować, za to uważniej przyjrzałam się chłopakowi, który otworzył mi drzwi.
- To jest Percy - jak na zawołanie przedstawił kolegę Nate.
Włosy miał, podobnie jak oczy, bliżej nieokreślonego koloru. Z pewnością ciemne. Ubrany nijako, w wygniecione spodnie i spraną, bladoniebieską koszulkę. Nie był brzydki, ale nie było w nim niczego, co można by zapamiętać już po pierwszym spotkaniu.
- Chodziłaś kiedyś ze mną na historię - powiedział.
Kiwnęłam głową, uśmiechając się niemrawo i nagle rozumiejąc, że już go kiedyś widziałam.
Abe wyglądał, jakby chciał zapytać dlaczego tu przyszłam, ale jakaś część nie tak źle wychowanego chłopaka nie pozwalała mu na to. Zamiast z czegokolwiek się tłumaczyć podeszłam prosto do kanapy i usiadłam Nate'owi okrakiem na kolanach.
- Już się nie gniewasz? - spytał najwyraźniej mając zamiar mnie pocałować, ale odepchnęłam go od siebie stanowczym gestem.
Oboje unieśli brwi wysoko w górę, z czego jeden z nich wyglądał, jakby miał zamiar parsknąć śmiechem a drugi nadal zachowywał poważną minę.
- O co chodzi? - spytał.
- O nic - odpowiedziałam wesoło. - Po prostu pomyślałam - starałam się mówić jak najbardziej uwodzicielskim głosem - że może nastąpi mała zmiana - dodałam kładąc mu rękę na klatce piersiowej i powoli przesuwając nią w dół.
- A dokładnie jaką? - spytał głośno przełykając ślinę, a ja poczułam "coś" wbijającego mi się w pośladek.
- Nieładnie - zaśmiałam się. - Miałam a myśli małą zamianę ról. Od dziś nie ma nic za darmo.
Abe zrobił gest, udający, że wyjmuje portfel.
Zgromiłam go wzrokiem.
- Nie o to chodzi. Na wszystko trzeba zapracować, na wszystko trzeba zasłużyć. Od dziś musicie zacząć się starać... - urwałam, bo dopiero teraz uświadomiłam sobie błąd, który niewątpliwie popełniłam.
- My? - spytał unosząc brwi i zerkając na współlokatora.
- Przecież wiesz co miałam na myśli - odpowiedziałam, starając się brzmieć, jakby wszystko to było zaplanowane.
Abe puścił do mnie oczko, trzęsąc się z bezgłośnego śmiechu.
Zeskoczyłam z kolan i ignorując ich zdziwione spojrzenia podeszłam prosto do Percy'ego, który pochylał się nad klawiaturą.
- Co robisz? - spytałam kładąc mu dłoń na ramieniu, a chłopak podskoczył przestraszony słysząc mój głos tuż nad uchem.
- Już go przed tobą ostrzegliśmy - dobiegł mnie głos Abe'a gdzieś z kąta pokoju.
- Spokojnie, tylko pytam.
- Nic ciekawego - wyjąkał.
- To nic, chętnie popatrzę - uśmiechnęłam się szeroko przysiadając do niego, a on pochylił się z powrotem nad maszyną z rumieńcem, który wykwitł mu na twarzy.

13.12.2011

Chapter 15 "The Gentleness"

Ze złością zatrzasnęłam drzwi i rzuciłam się na łóżko. Po chwili do pokoju weszła Susan.
- Widziałam jak wybiegłaś - powiedziała siadając na swoim.
- A kto nie widział - odburknęłam, zła chyba bardziej na siebie, niż na nią.
Oliver nie widział, przemknęło mi przez myśl.
- Znałaś Olivera? - spytałam po chwili zastanowienia.
- Zmieniasz temat - była lekko zdziwiona, ale po chwili wiedziona ciekawością dodała: - Nie. Znałam? Nie żyje?
- Nie - odparłam z wahaniem. - Właściwie to nie wiem - podrapałam się po brodzie myśląc intensywnie. - Dawno nie mieliśmy żadnych informacji o nim.
- A co on ma do tego? Coś mu się stało?
- Tak - zrobiłam krótką przerwę, by lepiej sobie przypomnieć. - Oliver nie był taki jak my. Choć pod pewnym względem chyba jednak był. On też miał rodziców, którzy mieli nierówno pod sufitem. Miał rozdwojenie jaźni, jego rodzice zbyt bali się o swoją reputację, żeby wysłać go do psychiatryka, domu opieki, czy czegoś w tym rodzaju.
Widać było, że nad czymś się zastanawia.
- Przysłali go tu. Jego ojciec jest burmistrzem w jakimś prowincjonalnym miasteczku. Oczywiście łatwiej było mu przyznać, że jego syn sam chce tu zamieszkać, by stać się bardziej samodzielnym, niż powiedzieć, że jest chory psychicznie - choć to przecież nie jego wina. Nie czuł się tutaj dobrze - zrobiłam krótką pauzę. - Ale rozmawiał ze mną.
Spojrzałam na nią poprzez gęstwinę ciemnych loków.
- Pewnego razu powiedział mi, że potrafi latać, i że kiedyś się jeszcze o tym przekonam. Śmiałam się. Nie szyderczo, serdecznie - uśmiechnęłam się na wspomnienie o tym, że w tamtych czasach takie rzeczy jeszcze mi się zdarzały. - Wyszłam z pokoju. Kiedy wróciłam stał w otwartym oknie.
- Nie - szepnęła z niedowierzaniem.
Pokiwałam smutno głową.
- Tym tutaj - wskazałam jedyne w pokoju okno, które jednak zajmowało znaczną część ściany. - Zanim zdążyłam cokolwiek powiedzieć, uśmiechnął się i zrobił krok w przód.
- Nawet nie krzyknęłam - dodałam po długiej chwili ciszy. - Ale i nie spojrzałam w dół. Wiesz, to trzecie piętro. Przeżył, ale już tu nie wrócił.
Susan wyglądała na lekko zszokowaną.
- Lilly bardzo lubiła Olivera - powiedziałam zmieniając ton głosu.
Dziewczynie wyraźnie wyostrzył się słuch., gdy usłyszała jej imię.
- Od tej pory nie wypowiedziała nawet słowa.
- Dlaczego nigdy wcześniej o tym nie słyszałam? Dla ciebie to też musiał być szok - zauważyła.
- Tak, ale mną nikt się nie przejmował. Zmieniłam się.
- Na dobre?
- Trudno powiedzieć. Wiesz, punkt widzenia zależy od punktu siedzenia - dla jednej osoby źle, dla drugiej dobrze.
- A dla ciebie?
- Tego dowiem się za kilka lat...
- Jesteś dobrą osobą - zauważyłam, że przygląda mi się badawczo.
- Nie ma mowy - prychnęłam drwiąco. - W każdym razie od tego czasu ludzie dziwnie się na mnie patrzą. Nie wiem tylko, czy są bardziej zniesmaczeni, czy zafascynowani, tym co sobą reprezentuję. Czuję się jak w Zoo.
Uniosła jedną brew do góry, zapewne zastanawiając się co mam na myśli.
- Podczas gdy oni są po drugiej stronie szyby, obserwując moje prywatne życie.
Susan uśmiechnęła się z nieznanego mi powodu.
- Nie wiem co mam robić - spojrzałam pustym wzrokiem na burą ścianę tuż przede mną. - Tym, którzy postępują dobrze, mówi się, by szli za głosem serca. Tym którzy źle, za głosem rozumu, mając nadzieję, że może podpowie im coś mądrego. Mi żadne z nich nic nie podpowiada - zamilkłam, słysząc to, co właśnie wyszło z moich ust.
Chciała coś powiedzieć, ale dałam jej znak, żeby milczała.
- A teraz czuję się jak jakiś pieprzony filozof i myślę, że to, co mówię ma jakikolwiek sens.
- Sądzę, że to przez to, że zostajesz sama ze swoimi problemami. Wiedz, że możesz powiedzieć mi niejedno - uśmiechnęła się do mnie nieśmiało.
Wstała i podeszła do minimalistycznego radia, dziwnie kontrastującego na tle licznych roślin. Dopiero po chwili dobiegły mnie słowa piosenki:
"So I run, and hide and tear myself up, 
Start again with a brand new name, 
And eyes that see into infinity" 
- Coś w tym jest - szepnęłam i zanim Susan zdążyła zauważyć, szybkim krokiem ruszyłam do drzwi.

8.12.2011

Chapter 14 "The Anger"

Stołówka w starej remizie była miejscem naprawdę niesamowitym, mimo, że z samego rana nic nie było w stanie mi zaimponować.
Zrobione z czerwonej cegły ściany, długi, wykonany z ciemnego drewna kontuar, cztero- i sześcioosobowe, pomalowane ciemnozieloną farbą olejną stoliki i niewielkie krzesełka do kompletu.
Z zamyślenia wyrwał mnie Abe, który pstryknął palcami tuż przed moim nosem.
- Księżniczka niewyspana? - spytał sarkastycznie. - Oj, chyba nie.
- Co? Dlaczego? - zapytałam nieprzytomnie.
Wskazał palcem plastikową tacę leżącą tuż przede mną. Zamiast kromki chleba, cały wierzch dłoni wysmarowałam masłem i lepkim dżemem brzoskwiniowym.
- Oh.
Abe roześmiał się, ale zaraz skończył, bo w drzwiach stanął Nate.
- Po prostu jestem rozkojarzona.
- Co, po raz pierwszy ktoś ci odmówił? - zapytał uśmiechając się szyderczo i widząc, że trafił w czuły punkt.
- Ty nie odmówiłeś - odpowiedziałam mrużąc oczy.
Wyglądał, jakby miał przygotowaną jakąś jadowitą uwagę na ten temat, ale Nate podszedł do stolika, więc tylko usiadł posłusznie naprzeciwko mnie. Nate usiadł obok i spojrzał najpierw na mnie, potem na niego.
- Coś się stało?
Pochyliłam się nad tacą grzebiąc nożem w słoiku z dżemem. Nie chciałam na niego patrzeć.
- Ty - wskazał na kulącego się za stołem Abe'a. - Co jej jest?
Abe wcale nie był od niego niższy, ani drobniejszy, by czuć się zagrożonym. Ton jakim mówił niemalże do wszystkich był jednakowy: wyniosły i oziębły - zupełnie jak mój. Abe skulił się jeszcze bardziej.
- Może - zaczął nieśmiało, mimo, że wiedziałam, że i jemu nie brakuje pewności siebie - miała na myśli, że straciła władzę, którą tak bardzo...
- Chciał powiedzieć, że znowu się nie wyspałam - przerwałam mu.
- A dlaczego się nie wyspałaś? Hę? - kontynuował - Nie było nikogo, do kogo mogłabyś się przytulić?
- Dosyć! - krzyknęłam uderzając z całej siły pięścią w stół, tak, że wszystkie naczynia podskoczyły zgodnie. - Wychodzę.
Wstałam z hukiem odsuwając krzesło i wymaszerowałam ze stołówki odprowadzana spojrzeniami dziesiątek osób. Jak zwykle, wszyscy przysłuchiwali się naszej rozmowie.

3.12.2011

Chapter 13 "The Refusal"

Jedna, mała, deszczowa kropelka spłynęła mi po czole, gdy potykając się wciągałam walizkę po schodach starej remizy. Ktoś zaklął głośno, gdy zagrodziłam mu drogę na ich szczycie. Stanęłam wciągając w płuca wilgotne, przepełnione smrodem spalin powietrze. Jeżdżące w tą i tamtą stronę hałaśliwe samochody, znajome sklepy i salon tatuażu naprzeciwko. To wszystko sprawiało, że czułam się jak u siebie w domu. Uśmiechnęłam się zamykając oczy, gdy Abe chwycił mnie za ramię i wciągnął do środka.
- Gdzie mamy pokój? - spytał.
- My? Nigdzie. Wy - wskazałam na Nate'a stojącego nieco dalej - macie tam - pokazałam mu długie, metalowe  schody na tle ściany z czerwonej cegły. - A ja tam - wyciągnęłam palec w stronę schodów po przeciwległej stronie stronie holu, w którym najprawdopodobniej stały schody.
- Więc z kim mieszkasz? - spytał zbolałym głosem.
- Z Lilly i... chyba z jej nową znajomą.
Dziewczyna jak na zawołanie odwróciła się w moją stronę. Uśmiechnęłam się do niej pośpiesznie, widząc speszone spojrzenie Abe'a, który jednak wyraźnie odetchnął, na wiadomość, że będę w pokoju z samymi dziewczynami. W holu było coraz mniej osób.
- Idźcie do siebie - powiedziałam do nich. - Spotkamy się po obiedzie.
Śpiesznym krokiem ruszyłam w stronę schodów po lewej stronie. Pokój numer 115. Zapukałam, tak na wszelki  wypadek, i nie czekając na odpowiedź weszłam do środka. Gdy drzwi się uchyliły, zawahałam się przez chwilę.
- Co tu się...?
Wtargałam walizkę do zielonej dżungli, w jaką zamienił się pokój.
 - Chryste, Lilly, trochę tego za dużo.
W każdym kącie stały stały, w ogromnych donicach, kwitnące krzewy hibiskusa. Również parapet zagracały donice pełne orchidei i lilii.
- Myślałam, że hoduje tylko te maleństwa - powiedziałam wyjmując z kieszeni tycią doniczuszkę i stawiając ją na stoliku nocnym przy jedynym wolnym łóżku.
Godzinę później rozłożyłam się na dywanie, czując, że mój żołądek pęka w szwach. Szanse na doczołganie się do pierwszego lepszego materaca były nikłe, więc wyciągnęłam rękę po leżącą najbliżej książkę. Botanika. Przerzuciłam kilka pierwszych stron w poszukiwaniu obrazków. Gdy ich nie znalazłam, podłożyłam ją sobie pod głowę i czekałam cierpliwie, aż ktoś wejdzie do środka.

***

Jakieś 40 minut później ktoś zapukał i natychmiast otworzył drzwi.
- No, z wywiązywaniem się z obietnic jest u ciebie krucho - prychnął Abe przechodząc przez próg.
- Zamknij się - szepnęłam sennie przekręcając głowę na drugą stronę, bo na policzku odcisnęło mi się boleśnie grube włosie dywanu.
Nate przewrócił teatralnie oczami i chwycił mnie za ramiona, by mnie podnieść.Po chwili leżałam już na i tak dość twardym materacu. Chłopak usiadł brzegu łóżka, plecami w moją stronę.
- Nudzi mi się - wyszeptałam wkładając mu ręce pod koszulkę i delikatnie gładząc go po plecach. - Wymyślcie coś...
Spojrzeli na siebie jednocześnie i niemal dało się wyczuć gęstniejącą atmosferę, która jednak po chwili zelżała.
Po chwili milczenia Abe odpowiedział:
- Rozbierz się i pilnuj ubrania - co w jego ustach wcale nie brzmiało jak żart.
- Niee... dziewczyny zaraz wrócą - odpowiedziałam obejmując Nate'a w pasie.
Nie trzeba było być lekarzem, by zauważyć, jak bardzo przyspieszyło mu tętno, gdy jedna dłoń powoli zjechała w dół.
- Robisz to specjalnie? - spytał Abe (o którym dopiero co sobie przypomniałam), gdy moja dłoń sprawnie minęła krawędź spodni.
- Co? - zapytałam jakby wyrwana z transu.
- A może robisz to - tu wskazał pozycję, w której się obecnie znajdowałam - machinalnie? To nie świadczy zbyt  dobrze...
Zacisnęłam zęby powstrzymując się przed rzuceniem się na niego.
- Ależ nie przeszkadzajcie sobie, z chęcią popatrzę.
Momentalnie oderwałam się od Nate'a, chłopak odetchnął głęboko, wypuszczając ze świstem powietrze. Oparł się o chłodną ścianę, zamykając oczy i starając się oddychać miarowo.
- Właściwie myślałam, że musisz już iść - uśmiechnęłam się sztucznie.
- Tak, właściwie to tak - odpowiedział w momencie, w którym do pokoju weszła Susan, ciągnąc Lilly za rękę.
- Przerwałam w czymś? - spytała.
- Ależ skądże - odpowiedział Abe, mimo, że pytanie było skierowane raczej do mnie, i wyszedł z pokoju.
Nate wstał, żeby pójść za nim.
- Idziesz? - zapytałam próbując złapać go za nogawkę i zatrzymać w miejscu.
- Przecież wiesz, że wrócę - szepnął pochylając się nade mną i całując w czoło. - Jesteś zmęczona, idź spać. Niedługo zacznie się szkoła i przestanie ci się nudzić - puścił do mnie oczko.
- Chciałbyś - szepnęłam, opadając na twardą poduszkę.
Bo ja, z pewnością bym nie chciała.