31.10.2011

Chapter 6 "The Wisdom"

Poczułam, że odnalazłabym ją wzrokiem nawet gdyby w pomieszczeniu zgaszono wszystkie światła. Lilly była pierwszą osobą, którą poznałam po przyjeździe. Dokładnie pamiętam co sobie wtedy pomyślałam.
Księżniczka. Moje własne, moje osobiste wyobrażenie księżniczki. Coś jak połączenie Śpiącej królewny i królewny Śnieżki.
Niewysoka, ale szczupła i zgrabna. Długie i proste, sięgające pasa włosy, koloru, który nie miał swojego odpowiednika w żadnej z nazw. To nie był blond. Kolor przywodził na myśl płynne złoto, gdy kaskadą opadały na jej plecy i ramiona, lśniąc w słońcu jak poprzetykana złotymi nitkami jedwabna chusta. Powiewały lekko, jak na wietrze, choć powietrze wokół niej było nieruchome. To one sprawiały, że już z tak daleka była dla mnie doskonale widoczna.
Oczy. Nie niebieskie, szafirowe. Duże, jarzące się nawet w ciemności, jak oczy kota. Zaskakujące ilością odcieni błękitu i granatu, niczym oszlifowany kamień z tysiącem fasetek; otoczone wachlarzem czarnych rzęs.
Zaróżowione z podniecenia policzki, wykrzywione w promiennym uśmiechu usta.
To takie głupie stwierdzenie, ale zawsze uważałam, że jest w niej coś szlachetnego. Coś poza włosami koloru złota i szafirowymi oczami. Coś, przy czym pozostałe królewny wydawałyby się zwykłymi... szlachciankami? Może bijące od niej ciepło, spokój, a może godnie, wysoko uniesiona głowa i wyprostowana sylwetka? Coś, co sprawiało, że nawet bez zakładania srebrnego diademu, każdy wiedziałby doskonale, kim jest. Ze smutkiem przyznałam, że była po prostu piękna.
Przypominała porcelanową lalkę.
Na tle białej, alabastrowej skóry, na nadgarstkach i na szyi doskonale widoczne były wąskie, niebieski linie. Lalka. Lalka z białej porcelany z dużymi, niebieskimi oczyma i burzą gęstych, puszystych włosów; w zwiewnej, czerwonej sukience.
Od momentu naszego poznania minęło dużo czasu i choć bardzo się zmieniła, w moich oczach zawsze pozostanie tą samą, roześmianą 10-latką.
Siedziała tam. Z rezygnacją oparta o metalowe oparcie krzesła z rozłożoną na podołku szachownicą.
Zrzuciłam siedzącego na krześle przed nią wyrostka i usiadłam.
- Lilly.

 ***


"Oczy są zwierciadłem duszy" - przypomniałam sobie od razu, gdy jej oczy, w odróżnieniu do ust, które wyglądały jakby zdrętwiały zupełnie bez wyrazu, uśmiechnęły się na mój widok. Chłopiec wstał z ziemi bełkocząc coś, w czym można było rozróżnić powtarzane kilka razy słowo "wariatka"...
- Grasz? - spytałam wskazując na pustą szachownicę i wiedząc, że i tak nie otrzymam żadnej słownej odpowiedzi. Mrugnęła. Zaczęła ustawiać figury, więc miałam chwilę na przypatrzenie się jej. Nie zmieniła się bardzo. Zmieniła się diametralnie. Długie do pasa włosy, które nie tak dawno zamieniła na krótką, chłopięcą fryzurkę odrosły na tyle, by sięgać jej nieco za ramiona. Choć minę miała zaciętą, jej oczy nadal nie utraciły dawnego blasku. Ciepło zniknęło zastąpione chłodem.
Nic nie powiedziała, ale ustawiła wszystkie figury i siedziała wyczekująco.
Zrobiło mi się głupio, bo choć nie podniosła wzroku by sprawdzić moją reakcję, widać było, że wie, że patrzę na nią jak urzeczona. Szybko przeniosłam wzrok na szachownicę.
Uwielbiałam na nią patrzeć. Mogłam gapić się na nią godzinami bez wyraźnego celu, nawet teraz, gdy już właściwie niczym nie przypominała dawnej Lilly.
Znowu się zagapiłam.
Skinęła głową w stronę pionów.
Uśmiechnęłam się. Miło było zobaczyć, że jakkolwiek co prawda, reaguje na to, co się wokół niej dzieje. Zwykle nie dawała najmniejszych oznak życia. Nie patrząc nawet na szachownicę przesunęłam jednym palcem pierwszy z brzegu pion.
Spojrzała na mnie znacząco.
- Widzisz... chodzi o to, że chyba mam tego dość.
Znowu znaczące spojrzenie.
- Czego? Wiesz, tyle lat mnie nie odwiedzała, a teraz nagle sobie o mnie przypomniała. Trochę to dla mnie podejrzane.
- ...
- Tak, babcia. Co ona sobie w ogóle wyobraża?
Nie, nie zrobiła nic takiego. To, co ostatnio.
Dała kasę i pojechała.
Uniosła brodę nieco do góry - nieme "aha".
- Durna barbie.
Nie, nie przesadzam. Chciałam z nią pogadać.
Nie, nie chciała, więc... tak, padło na ciebie.
Mały błysk w jej oku ucieszył mnie niemiłosiernie. Odwzajemniłam ten niewielki gest szerokim uśmiechem.

29.10.2011

Chapter 5 "The Relations"

- Drogie dzieci, jak wy wyglądacie! - krzyknęła jedna z opiekunek. - Dostaliście ubrania?
- Tak, ale... - nawet nie dała mi dokończyć.
- Marsz z powrotem do pokoju! I proszę się przebrać, natychmiast!
- Chodźcie - mruknęłam do chłopaków i ociągając się ruszyłam w stronę domku.
Po chwili byliśmy już z powrotem na placu, tym razem odpowiednio ubrani.
- O już jesteście - wrzasnęła na nasz widok - jak wam się podobają nasze nowe mundurki?
- To te nowe mundurki? - prychnęłam - Myślałam, że to jakiś żart.
- Ależ nie. Przecież są bardzo ładne.
Stałam wciąż nieruchomo mnąc w ręku obrzydliwie zieloną bluzkę i z niechęcią spoglądając na granatową spódniczkę w kratkę.
- Taak, a kiedy będą? Mogę już iść? - dobrze wiedziałam, że nie mam na kogo czekać.
Nie minęła sekunda a kobieta wydarła się po raz kolejny:
- Już jadą, zobaczcie!
Westchnęłam, usiadłam na piasku tyłem do bramy wjazdowej. Chwilę później usłyszałam piskliwy głosik wykrzykujący moje imię.
Wszystkie włosy na głowie stanęły mi dęba. Odwróciłam się powolutku, a moje najgorsze obawy okazały się prawdziwe.
W moją stronę, po grząskim, żółtym piasku biegła w niebezpiecznie wysokich szpilkach, przesadnie wystrojona, starsza kobieta.
- Babciu - powiedziałam wstając i siląc się na szeroki śmiech.
- Oh, Katie, skarbie, co ci się stało? - pisnęła znowu, próbując wytrzepać piasek z moich długich ciemnych loków i ściskając mnie tak mocno, że bałam się, że połamie mi żebra.
Powoli odsunęłam się od niej omiatając ją zaciekawionym spojrzeniem.
Wyglądała jak zawsze. Ubrana była w stanowczo zbyt krótką, jak na swój wiek, zwiewną, niebieską jak kwiaty barwinka sukienkę, na głowie miała słomiany kapelusz ozdobiony całą masą sztucznych kwiatów. Na jej rękach połyskiwał i pobrzękiwał z tuzin złotych i srebrnych bransoletek. Fryzurę też miała taką samą jak cztery lata temu, gdy ją po raz ostatni widziałam.
- Babciu, nie zabierzesz mnie stąd prawda? - zapytałam w końcu ze smutkiem, ale i z nadzieją w głosie.
- Nie, nie kochanie. Przecież to niedorzeczne - zaśmiała się. - Właściwie to muszę już jechać - powiedziała szybko zerkając najpierw na zegarek a potem na stojące za bramą bladoróżowe BMW, bardzo w stylu Barbie. - Przywiozłam ci trochę kieszonkowego, bo nie wiem, kiedy się znowu zobaczymy. Nie martw się - dodała jeszcze widząc moją minę - będzie dobrze.
Wcisnęła mi do ręki stosik studolarówek i odbiegła w stronę samochodu ciągle mi machając.
Nie poruszyłam się. Nie uśmiechałam się, ale też nie było mi smutno.
Trochę zrezygnowana odwróciłam się i zaczęłam iść w stronę domku. Zobaczyłam Abe'a, stał oparty o drzwi i patrzył się na mnie dziwnie, jakby ze współczuciem.
- Wiesz, u mnie jest tak samo - szepnął.

***

- Jak to?
- No tak. Widzisz, niby oboje mamy rodzinę, ale oni mają w planach o wiele ciekawsze rzeczy niż niańczenie nas.
- Ah, tak.
- Nie martw się.
- Mhm...
- Kate, trochę entuzjazmu - zachęcił. - Wiesz, ona wyglądała na bardzo sympatyczną kobietę -   uśmiechnął się ironicznie.
- Nie wiem, może...
- Hej, Co to za smutna mina? Co to niby znaczy?
- Bo w sumie, to... Tak właściwie... No, ja jej przecież nie znam. Widziałam ją dwa, no może trzy razy - poczułam, że robi mi się słabo.
W tej chwili chciałam pobyć sama, w spokoju przetrawić całą sytuację.
Albo nie, nie chciałam być sama. Chciałam porozmawiać z kimś, kto dobrze wiedziałby o co mi chodzi, ale nie zadawałby zbędnych pytań. Tylko, czy wtedy można by to nazwać rozmową?
- Muszę... - głos załamał mi się nagle.
- Co? Wiesz, chyba będzie lepiej, jeśli położysz się spać.
- Nie, nie - gwałtownie pokręciłam głową. - Chcę... muszę... pójdę. Gdzieś - niezgrabnie wskazałam ręką  przestrzeń za moimi plecami.
- Gdzie? - zapytał z niepokojem.
Ha! Dobre pytanie, pomyślałam.
- Do świetlicy, albo gdzieś? - to nie było stwierdzenie.
- Dobrze, tylko błagam, nie zrób sobie krzywdy.
Widocznie już zauważył, że jeżeli będę miała ochotę gdzieś pójść, to tam pójdę, nawet, gdyby za wszelką cenę starał się mnie powstrzymać.
- Kate! Słyszysz mnie? - zawołał, bo zaczęłam się oddalać ciągnąc stopami po ziemi.
- Mhm - burknęłam upychając szeleszczące, zielone papierki do kieszeni kraciastej spódniczki.

Świetlica była niewielkim, jednopiętrowym budyneczkiem wymurowanym bezpośrednio przy budynku szkolnym. Wyglądając bardzo niepozornie, mieściła kilka stołów bilardowych, do ping-ponga, kawiarnię z mnóstwem dwuosobowych stolików i masę tarcz do gry w darta zawieszonych na brudnozielonych ścianach.

Stanęłam w drzwiach, rozglądając się po pomieszczeniu pustym wzrokiem, w poszukiwaniu osoby, z którą dałoby się "normalnie porozmawiać". Utkwił w stoliku w najodleglejszym kącie świetlicy.
Lilly.

24.10.2011

Chapter 4 "The Revelations"

Tym razem obudziło mnie głuche walenie w drzwi.
Było mi bardzo niewygodnie, nadal spałam w tej samej pozycji, w której zasnęłam poprzedniego dnia. Plecami oparta byłam o ścianę, nogi miałam podkurczone, głowę trzymałam opartą na kolanach. Po wczorajszych "rewelacjach" wciąż bolały mnie oczy.
Mruknęłam cicho wstając z łóżka. Byłam bardzo głodna i zmęczona.
Obaj jeszcze spali, więc chwyciłam za stojący na kredensie słoik z dżemem.
- Mmmm, pycha - oblizałam palec, który uprzednio umoczyłem w lepkiej, obrzydliwie słodkiej mazi.
Podeszłam do śpiącego Nate'a.
- Oo, to takie urocze - szepnęłam ponownie maczając palec w dżemie i robiąc na jego czole wielką czerwoną kropkę. - O tak to jest to.
Uśmiechnęłam się z zachwytem odstawiając słoik na nocną szafkę i otwierając drzwi. Nie spojrzałam nawet czy ktoś za nimi stoi, tylko przymknęłam oczy grzejąc twarz w porannym słońcu. Jeden krok do przodu, jedno potężne łupnięcie i już leżałam na ziemi.
 Podniosłam głowę by zobaczyć, co spowodowało upadek. Na progu stała niewielka paczuszka. Już wiedziałam, o co chodzi. Po chwili w drzwiach stanął przerażony i zdyszany Nate.
- Dziecko, do cholery, co ty robisz?
- Leżę. Dzień odwiedzin... - zmroziła mnie sama myśl, samo wspomnienie o tego dnia. Dopiero do mnie dotarło, co się tak właściwie dzieje. - Dzień odwiedzin - powtórzyłam pustym głosem, jednocześnie wytrzeszczając oczy - no tak.
Poczułam jak coś więźnie mi w gardle.
Spojrzałam na niego z powagą, też nie wyglądał na zachwyconego tą wiadomością. Zerknęłam na jego czoło, humor mi się poprawił, uśmiechnięta od ucha do ucha roześmiałam się histerycznie chowając twarz w ciepłym piasku. "Moje dzieło - pomyślałam - moje dzieło"
- Co cię tak śmieszy?
- Nic, nic. Masz coś na czole.
- O tak, oczywiście, bardzo dobry żart.
Nie wierzył mi. Trudno. Wciąż leżałam na ziemi.
- Abe, zaraz zbiórka  - krzyknął, a do mnie zwrócił się - wstaniesz wreszcie?
- Nie mam najmniejszej ochoty.
- Dobrze - odpowiedział chwytając mnie za nadgarstek i ciągnąc po piasku jak szmacianą lalkę.
Byłoby to bardzo przyjemne, gdyby nie fakt, że ocierający się o mnie piasek powodował, że skóra robiła się coraz bardziej czerwona i piekąca.
- Nate.
- Tak? - odpowiedział przystając na chwilę - wstaniesz już?
- Eee, nie. Chciałam cię tylko poprosić żebyś ciągnął trochę wolniej...
Prychnął. Zaśmiałam się głośno, zbyt gwałtownie robiąc wdech. Ogromna porcja żółtego piasku, rodem z piaskownicy była teraz w moich ustach i nosie, nie wyłączając oczu. Charcząc, prychając i plując zerwałam się na równe nogi.
- No i to jest śmieszne - usłyszałam za sobą głos Abe'a.
- Nie, nie prawda - odpowiedziałam machając rękami na wszystkie strony niczym wiatrak - pomógłbyś mi.
Po jego minie było jednak widać, że nie bardzo wie za co ma się zabrać.
- Świetnie - warknęłam chwytając Nate'a za kołnierz i ciągnąc z całej siły w stronę placu, na którym zebrała się już większość obozowiczów.

19.10.2011

Chapter 3 "The Memories"


Podeszłam do okna. Trudno było cokolwiek przez nie zobaczyć. Było stare, ze zmatowiałą, zbrojoną i bardzo brudną szybą, jego rama pokryta łuszczącą się białą farbą była dodatkowo wzmocniona żelazną kratą. Przetarłam szybę leżącym na podłodze prześcieradłem, nie dało to żadnego efektu, westchnęłam.
- Zgłodniałam - zwróciłam się do chłopaków.
- Nie marudź, zaraz jest śniadanie - odpowiedział Nate.
- Poprawka, już było.
- Świetnie - syknął, wciskając twarz w poduszkę - obiad jest dopiero za sześć godzin.
- W takim razie pójdę po coś do sklepu. Spróbuj się zdrzemnąć - spojrzałam na niego z troską - zaraz wracam.
Wrzuciłam na siebie pierwszy lepszy ciuch i pędem wybiegłam z domku. Z kieszeni wyjęłam maleńki kluczyk, wsadziłam go do zamka gigantycznej żelaznej bramy, która dzieliła obozowiczów od reszty świata. Delikatnie go przekręciłam i z całej siły pchnęłam jedno ze skrzydeł bramy. Jak najprędzej wyślizgnęłam się na zewnątrz. Nikt nie powinien wiedzieć, że wychodzę.
Pędem puściłam się w stronę sklepu. Nie lubiłam chodzić tam samotnie, było to dobre parę kilometrów drogi. Po pewnym czasie zza horyzontu wyłonił się czerwony dach stacji benzynowej i sklepik pana Browna.
- Dzień dobry, kochanieńka - powiedział pan Brown wstając z pasiastego leżaka rozłożonego na słońcu i kierując się w stronę sklepu.
- Dzień dobry - odpowiedziałam obdarzając staruszka szerokim uśmiechem.
Był niewysokim, czarnoskórym mężczyzną w podeszłym wieku obdarzonym długim srebrnym wąsem.
Czułam przed nim ogromny respekt i bardzo go lubiłam. Przy każdej mojej wizycie na jego stacji pokazywał mi jedną z setek pocztówek, które przywiózł z podróży, kiedy był jeszcze młody.
Tym razem nie miałam jednak czasu na oglądanie pocztówek, spieszyłam się i byłam bardzo głodna. Zapłaciłam za struclę, trzy czekoladowe dounty, karton soku i pobiegłam w stronę obozu.
Ponownie stanęłam przed bramą. Otworzyłam karton z sokiem, wypiłam kilka łyków. Było okropnie gorąco. Wpatrywałam się w tablicę umieszczoną ponad bramą.
"The Educational Centre for Young People in Nothern Texas" - głosiła. Pod nią wisiała jeszcze jedna, tym razem zrobiona ze starej deski przez jednego z wychowanków ośrodka - "The Concentracional Camp for Young Degenerates".
Cmokając głośno z dezaprobatą zamknęłam karton i wślizgnęłam się do środka.

*** 
- Śpi?
- Tak, śpi. - odpowiedział Abe - siadaj.
Rzuciłam reklamówką w stronę stolika, ale nie trafiłam i wylądowała na ziemi. Schyliłam się niezgrabnie chwytając siatkę za jedno ucho. Poczułam na sobie czyjś wzrok. Powoli podniosłam głowę.
Abe, który jeszcze przed sekundą wlepiał we mnie swoje wielkie, zielone oczy, spuścił wzrok.
- Spokojnie, nic się nie stało - powiedziałam chwytając dwa pączki i idąc w jego stronę szeroko się uśmiechając.
Spojrzał na mnie niepewnie. Podałam mu pączka i usiadłam koło niego na drugim końcu łóżka. Widziałam jak je w ciszy.
W końcu nie wytrzymałam i wypaliłam:
- Dlaczego tu jesteś? - już żałowałam tego pytania, wcale nie chciałam wiedzieć.
- Bo wiesz... - urwał i zastanowił się przez chwilę. - To nic takiego, właściwie to nic nie zrobiłem, jeśli o to ci chodzi oczywiście. Po prostu stałem się "niewygodny", wysłali mnie tu pod jakimś głupim pretekstem. Na szczęście tylko na wakacje. No ale nie ważne, to bardzo głupie.
Najwyraźniej, żeby przerwać narastającą niezręczną ciszę dodał po chwili:
- A ty?

Bardzo bałam się tego pytania, głośno przełknęłam ślinę. Zaczęłam zlizywać z palców roztopioną czekoladę, po czym całego pączka wepchnęłam sobie do ust.
- Wiesz, może nie znam cię zbyt dobrze, ale mam wrażenie, że robisz wszystko żeby mi nie odpowiedzieć.
- Oni nie żyją. - odpowiedziałam jak najprędzej i poczułam ucisk w gardle.
- Oh, bardzo mi przykro. To dlatego tu jesteś tak?
- Właściwie to tak, - odrzekłam suchym głosem - mi nie jest przykro.
- Nie? Więc dlaczego płaczesz?
Dopiero teraz poczułam, że po twarzy ciekną mi obficie łzy. Otarłam je w pośpiechu, wstydziłam się uczuć.
- Bo - zastanowiłam się chwilę - ja ich w ogóle nie pamiętam. Nie wiem czy ma mi być smutno z tego powodu, że odeszli, czy może raczej mam się z tego powodu cieszyć.
- A ja myślę, że niezależnie od tego, jakimi byli ludźmi trzeba o nich dobrze myśleć. Poza tym nie możesz siebie obwiniać za to, że ich nie pamiętasz. To było dawno.
- Nie, Abe. Miałam wtedy 10 lat.
Starał się nie zrobić zdziwionej miny, ale zupełnie mu nie wyszło.
- I naprawdę ich nie pamiętasz? - szeroko otworzył usta.
- Nie pamiętam nawet ich twarzy.
Teraz zobaczyłam gromadzące się w jego oczach łzy. Przyciągnął mnie do siebie i z całej siły przytulił.
Wiedziałam, że jest mu bardziej przykro, niż mnie samej.

Chapter 2 "The Troubles"

Przed domkiem stała grupka osób rozprawiająca o czymś z wielkim zaciekawieniem. Gdy tylko mnie zobaczyli, umilkli. Podniosłam butelkę do ust wypijając spory łyk, wzdrygnęłam się. Wciąż stali tam w osłupieniu z otwartymi ustami. Nie wyglądali jakby mieli cokolwiek do powiedzenia. Rozpychając się łokciami przedarłam się przez grupkę kierując się w stronę toalet, które mieściły się na drugim końcu obozu.
Weszłam do niewielkiego, niskiego budynku. Podłoga wyłożona brudnymi, białymi płytkami była zalana wodą.
- Auć - powiedziałam, bosymi stopami przechodząc do ostatniej kabiny, gdzie wody było najmniej. Przymknęłam drzwi, usiadłam na zamkniętej klapie i otworzyłam gazetę. Nie minęła chwila, gdy do toalety wszedł ktoś jeszcze. Wstałam, odłożyłam gazetę, do ręki wzięłam butelkę, upiłam łyk. Starając się być cicho spojrzałam przez uchylone drzwi. Oparłam się o nie. ŁUP! Rozciągnęłam się jak długa na posadzce.
- Kur... - zaczęłam, ale nie dokończyłam. Kompletnie mnie zamurowało. - Co Pani tu robi?
Przede mną stała jedna z opiekunek, ręce miała skrzyżowane na piersi. Wpatrywała się we mnie jak w wyjątkowo obrzydliwego karalucha.
- Kate Stone, tak?
- Tak, to ja. - odpowiedziałam drwiąco - Ał. Przecież dobrze mnie Pani zna.
Próbowałam podnieść się z mokrej podłogi. Stanęłam przed nią patrząc się wyzywająco.
- Nie ważne - powiedziała zrezygnowana, po czym wyszła.
Nie do końca dotarło do mnie to, co stało się przed chwilą, wciąż ze zdziwieniem wpatrywałam się w drzwi wejściowe, w których przed sekundą znikła nauczycielka. Może nie zauważyła tej butelki? Nie, nie dało się nie zauważyć. Pogrążona w takich właśnie rozmyślaniach zabrałam się do zbierania z posadzki odłamków szkła.
Odgarnęłam włosy z czoła, spojrzałam w górę. Nade mną stał wysoki blondyn. Poczułam jak miękną mi nogi. Miał bardzo dziwną minę.
- Ducha zobaczyłeś, czy co? - zapytałam.
Widać było, że zastanawia się, co powiedzieć, kilka razy otwierał i zamykał usta, ale nie wydusił z siebie żadnego dźwięku.
Wskazał na lustro.

***

Dopiero zobaczyłam, co go tak wystraszyło. Moja twarz była cała we krwi.
- Ulala. - spojrzałam na swoje dłonie.
Widniały na nich długie, poprzeczne rozcięcia, krew leciała dosyć obficie.
- Co ci przyszło do głowy żeby zbierać to gołymi rękami? - spytał patrząc jak energicznie myję twarz.
- Powinieneś raczej zapytać, dlaczego przyszłam tu w samej bieliźnie.
- Może i tak. - zaczerwienił się lekko - Chyba przydałaby ci się wizyta u pielęgniarki.
- Też tak sądzę. - odpowiedziałam kuśtykając do drzwi.
- Zaczekaj, samej cię tam nie puszę, to dość długa droga.
Pisnęłam lekko, gdy poczułam, że bierze mnie na ręce. Był bardzo silny.
- Jak ty się właściwie nazywasz? - zapytałam opierając głowę na jego ramieniu - jesteś nowy, nie widziałam cię tu wcześniej.
- Jestem Abe. - uśmiechnął się słodko.
- Kate.
Pielęgniarka bez zbędnych pytań opatrzyła moje dłonie i stopy, zaczęliśmy iść w stronę mojego domku.
Domki były niskimi bungalowami, ustawionymi wzdłuż siatki odgradzającej obóz od pobliskiego pola. Każdy z nich zamieszkiwały dwie lub trzy osoby, w moim przypadku był to Nate. Był moim najlepszym przyjacielem, właściwie jedynym przyjacielem. To jego jako jednego z pierwszych poznałam po przyjeździe do tego ośrodka, było to dokładnie 6 lat temu. Miałam wtedy 10 lat i bezgraniczne zaufanie do 12-letniego Nate'a. Z resztą nadal mam. Taki był właśnie zamysł twórców obozu - zawieranie przez nastolatków nowych przyjaźni, szansa na rozpoczęcie nowego, lepszego życia. Poza tym, bungalowy miały zapewnić maksimum prywatności. Prócz nich, na terenie ośrodka znajdowała się niewielka stołówka, łazienki, gabinet lekarski, dom dla opiekunów i szkoła.
Otworzyłam drzwi, już w progu zobaczyłam Nate'a siedzącego na łóżku w tej samej pozycji, w której siedział gdy wychodziłam.
- Co robisz?
Zdawał się nie słyszeć mojego pytania.
- Nate to jest Abe. Abe to Nate. Z resztą nie ważne...

Chapter 1 "The Beggining"

Pierwsze promienie ciepłego, letniego słońca świeciły mi prosto w twarz. Jęcząc cicho przewróciłam się na drugi bok, lekko rozchyliłam powieki. Uśmiechnęłam się pod nosem - długie, ciemnobrązowe kosmyki opadały na czoło chłopaka przy okazji przysłaniając oczy. Wspaniale - pomyślałam w wielkim zamyśleniu przeciągając ręką po twarzy. Ponownie zamknęłam oczy próbując zasnąć, było bardzo wcześnie. Nie, coś jest nie tak... - szeroko otworzyłam oczy wpatrując się w osobę leżącą tuż przede mną. Klepnęłam go w ramię, półprzytomny przetarł oczy ze zmęczenia, spojrzał na mnie pytająco, jakby chciał zapytać - "Dlaczego to zrobiłaś?!" Nic nie powiedziałam czekając na jakiekolwiek wyjaśnienia z jego strony. Zdawałoby się, że doskonale rozumie, o co mi chodzi.
- Jak to nic nie pamiętasz?
- Nie - odparłam, w moim głosie dało się usłyszeć nutkę żalu.
- Trudno - uśmiechnął się łobuzersko - ładna dziś pogoda.
- Nate, do cholery, nie zmieniaj tematu! Co się wczoraj stało? No wiesz, że tu jesteś. - spojrzałam na swoje łóżko.
- Nic - spojrzał mi prosto w oczy - naprawdę, uwierz mi.
- Dobrze.
Usiadłam na łóżku rozglądając się po pokoju. Mój wzrok przeniósł się z leżącej na podłodze sterty ubrań, na przewrócony kredens i szafkę nocną. Podeszłam do niej i wzięłam do ręki do połowy opróżnioną butelkę po wódce. W kącie dostrzegłam kolejne trzy.
- Więc to dla ciebie znaczy nic, taak? No proszę, według mnie to już coś.
Nic nie odpowiedział. Nie miałam serca na niego krzyczeć, szczególnie po tym jak teraz się na mnie patrzył.
- Więc powiedz mi - zapytałam starając się zachować spokój - co tu jeszcze robisz skoro absolutnie nic się nie działo?
- Pilnowałem cię - wskazał na przewrócony kredens i całą jego zawartość leżącą na ziemi. - Właściwie to mieliśmy gości - uśmiechnął się patrząc w stronę butelek.
- Ah, mój bohaterze.
- Przepraszam, powinienem Ci to od razu wyjaśnić.
Kiwając potakująco głową obejrzałam "pod światłem" zawartość butelki. Skrzywiłam się, chwyciłam leżącą na stole gazetę i nie przebierając się w nic chwyciłam za klamkę.
- Gdzie idziesz? - usłyszałam za sobą drżący, jakby zatroskany głos.
- Nie wiem - odrzekłam zupełnie szczerze naciskając na klamkę i wychodząc na zewnątrz.
Pod stopami poczułam ciepły piasek.

PROLOGUE

Na brzegu stołu chirurgicznego, nieświadoma sensu rozmowy odbywającej się za jej plecami, beztrosko machając nogami siedziała mała, najwyżej kilkuletnia dziewczynka.
- Przykro mi, nie możemy tego zrobić - mężczyzna w białym fartuchu właśnie wszedł do sali.
- Dobrze zapłacę.
- Nie o to chodzi. Nie mamy takich możliwości.
Kobieta szepnęła mu coś do ucha.
- Nie ma mowy - wyjąkał nagle blednąc.
- Nalegam.
- To nie humanitarne nawet w stosunku do zwierząt. Jest taka drobna i delikatna...
- Nie pytałam pana o zdanie.
- Ale dlaczego ona? - spytał płaczliwym głosem, a w jego oczach pojawiły się pierwsze łzy. Wyglądał żałośnie. - Terry wcale by tego nie chciał.
- Ani on, ani ona nie mają już w tej sprawie nic do powiedzenia - uśmiechnęła się dziwnie.
Myślał gorączkowo.
- Obiecuję, że znajdę inne rozwiązanie.
- Wszystko mi jedno. Ma być skuteczne.
- Będzie. Może nie tak trwałe jak to, ale skuteczne.
- Zatem niech będzie. W razie czego będziemy powtarzać o skutku.
O ile to w ogóle możliwe, mężczyzna zbladł jeszcze bardziej.
- Da mi pani czas do końca tygodnia... - zaczął, ale mu przerwała.
- Masz czas do jutra. Potem sama to załatwię.
Przytaknął gorliwie, gdy podeszła do niego i pogładziła go wierzchem dłoni, okrytej atłasową rękawiczką, po policzku.
- Obiecuję, że nie pisnę słowem.
- Spróbowałbyś - zaśmiała się szyderczo poklepując wieko obszernej torebki, na którą ten zerknął ze strachem.
Spojrzała na niego z litością i powiedziała:
- Nie martw się, Terry byłby z ciebie dumny. W końcu robisz to dla niego.
Przez chwilę wyglądał jakby chciał zaprzeczyć, ale rosnąca mu w gardle gula nie pozwoliła dojść słowom do skutku. Kobieta odsunęła się od niego i wyciągnęła rękę w stronę dziewczynki.

Obraz stał się niewyraźny, jak w źle nastawionym odbiorniku, aż w końcu znikł.