- Drogie dzieci, jak wy wyglądacie! - krzyknęła jedna z opiekunek. - Dostaliście ubrania?
- Tak, ale... - nawet nie dała mi dokończyć.
- Marsz z powrotem do pokoju! I proszę się przebrać, natychmiast!
- Chodźcie - mruknęłam do chłopaków i ociągając się ruszyłam w stronę domku.
Po chwili byliśmy już z powrotem na placu, tym razem odpowiednio ubrani.
- O już jesteście - wrzasnęła na nasz widok - jak wam się podobają nasze nowe mundurki?
- To te nowe mundurki? - prychnęłam - Myślałam, że to jakiś żart.
- Ależ nie. Przecież są bardzo ładne.
Stałam wciąż nieruchomo mnąc w ręku obrzydliwie zieloną bluzkę i z niechęcią spoglądając na granatową spódniczkę w kratkę.
- Taak, a kiedy będą? Mogę już iść? - dobrze wiedziałam, że nie mam na kogo czekać.
Nie minęła sekunda a kobieta wydarła się po raz kolejny:
- Już jadą, zobaczcie!
Westchnęłam, usiadłam na piasku tyłem do bramy wjazdowej. Chwilę później usłyszałam piskliwy głosik wykrzykujący moje imię.
Wszystkie włosy na głowie stanęły mi dęba. Odwróciłam się powolutku, a moje najgorsze obawy okazały się prawdziwe.
W moją stronę, po grząskim, żółtym piasku biegła w niebezpiecznie wysokich szpilkach, przesadnie wystrojona, starsza kobieta.
- Babciu - powiedziałam wstając i siląc się na szeroki śmiech.
- Oh, Katie, skarbie, co ci się stało? - pisnęła znowu, próbując wytrzepać piasek z moich długich ciemnych loków i ściskając mnie tak mocno, że bałam się, że połamie mi żebra.
Powoli odsunęłam się od niej omiatając ją zaciekawionym spojrzeniem.
Wyglądała jak zawsze. Ubrana była w stanowczo zbyt krótką, jak na swój wiek, zwiewną, niebieską jak kwiaty barwinka sukienkę, na głowie miała słomiany kapelusz ozdobiony całą masą sztucznych kwiatów. Na jej rękach połyskiwał i pobrzękiwał z tuzin złotych i srebrnych bransoletek. Fryzurę też miała taką samą jak cztery lata temu, gdy ją po raz ostatni widziałam.
- Babciu, nie zabierzesz mnie stąd prawda? - zapytałam w końcu ze smutkiem, ale i z nadzieją w głosie.
- Nie, nie kochanie. Przecież to niedorzeczne - zaśmiała się. - Właściwie to muszę już jechać - powiedziała szybko zerkając najpierw na zegarek a potem na stojące za bramą bladoróżowe BMW, bardzo w stylu Barbie. - Przywiozłam ci trochę kieszonkowego, bo nie wiem, kiedy się znowu zobaczymy. Nie martw się - dodała jeszcze widząc moją minę - będzie dobrze.
Wcisnęła mi do ręki stosik studolarówek i odbiegła w stronę samochodu ciągle mi machając.
Nie poruszyłam się. Nie uśmiechałam się, ale też nie było mi smutno.
Trochę zrezygnowana odwróciłam się i zaczęłam iść w stronę domku. Zobaczyłam Abe'a, stał oparty o drzwi i patrzył się na mnie dziwnie, jakby ze współczuciem.
- Wiesz, u mnie jest tak samo - szepnął.
- Tak, ale... - nawet nie dała mi dokończyć.
- Marsz z powrotem do pokoju! I proszę się przebrać, natychmiast!
- Chodźcie - mruknęłam do chłopaków i ociągając się ruszyłam w stronę domku.
Po chwili byliśmy już z powrotem na placu, tym razem odpowiednio ubrani.
- O już jesteście - wrzasnęła na nasz widok - jak wam się podobają nasze nowe mundurki?
- To te nowe mundurki? - prychnęłam - Myślałam, że to jakiś żart.
- Ależ nie. Przecież są bardzo ładne.
Stałam wciąż nieruchomo mnąc w ręku obrzydliwie zieloną bluzkę i z niechęcią spoglądając na granatową spódniczkę w kratkę.
- Taak, a kiedy będą? Mogę już iść? - dobrze wiedziałam, że nie mam na kogo czekać.
Nie minęła sekunda a kobieta wydarła się po raz kolejny:
- Już jadą, zobaczcie!
Westchnęłam, usiadłam na piasku tyłem do bramy wjazdowej. Chwilę później usłyszałam piskliwy głosik wykrzykujący moje imię.
Wszystkie włosy na głowie stanęły mi dęba. Odwróciłam się powolutku, a moje najgorsze obawy okazały się prawdziwe.
W moją stronę, po grząskim, żółtym piasku biegła w niebezpiecznie wysokich szpilkach, przesadnie wystrojona, starsza kobieta.
- Babciu - powiedziałam wstając i siląc się na szeroki śmiech.
- Oh, Katie, skarbie, co ci się stało? - pisnęła znowu, próbując wytrzepać piasek z moich długich ciemnych loków i ściskając mnie tak mocno, że bałam się, że połamie mi żebra.
Powoli odsunęłam się od niej omiatając ją zaciekawionym spojrzeniem.
Wyglądała jak zawsze. Ubrana była w stanowczo zbyt krótką, jak na swój wiek, zwiewną, niebieską jak kwiaty barwinka sukienkę, na głowie miała słomiany kapelusz ozdobiony całą masą sztucznych kwiatów. Na jej rękach połyskiwał i pobrzękiwał z tuzin złotych i srebrnych bransoletek. Fryzurę też miała taką samą jak cztery lata temu, gdy ją po raz ostatni widziałam.
- Babciu, nie zabierzesz mnie stąd prawda? - zapytałam w końcu ze smutkiem, ale i z nadzieją w głosie.
- Nie, nie kochanie. Przecież to niedorzeczne - zaśmiała się. - Właściwie to muszę już jechać - powiedziała szybko zerkając najpierw na zegarek a potem na stojące za bramą bladoróżowe BMW, bardzo w stylu Barbie. - Przywiozłam ci trochę kieszonkowego, bo nie wiem, kiedy się znowu zobaczymy. Nie martw się - dodała jeszcze widząc moją minę - będzie dobrze.
Wcisnęła mi do ręki stosik studolarówek i odbiegła w stronę samochodu ciągle mi machając.
Nie poruszyłam się. Nie uśmiechałam się, ale też nie było mi smutno.
Trochę zrezygnowana odwróciłam się i zaczęłam iść w stronę domku. Zobaczyłam Abe'a, stał oparty o drzwi i patrzył się na mnie dziwnie, jakby ze współczuciem.
- Wiesz, u mnie jest tak samo - szepnął.
***
- Jak to?
- No tak. Widzisz, niby oboje mamy rodzinę, ale oni mają w planach o wiele ciekawsze rzeczy niż niańczenie nas.
- Ah, tak.
- Nie martw się.
- Mhm...
- Kate, trochę entuzjazmu - zachęcił. - Wiesz, ona wyglądała na bardzo sympatyczną kobietę - uśmiechnął się ironicznie.
- Nie wiem, może...
- Hej, Co to za smutna mina? Co to niby znaczy?
- Bo w sumie, to... Tak właściwie... No, ja jej przecież nie znam. Widziałam ją dwa, no może trzy razy - poczułam, że robi mi się słabo.
W tej chwili chciałam pobyć sama, w spokoju przetrawić całą sytuację.
Albo nie, nie chciałam być sama. Chciałam porozmawiać z kimś, kto dobrze wiedziałby o co mi chodzi, ale nie zadawałby zbędnych pytań. Tylko, czy wtedy można by to nazwać rozmową?
- Muszę... - głos załamał mi się nagle.
- Co? Wiesz, chyba będzie lepiej, jeśli położysz się spać.
- Nie, nie - gwałtownie pokręciłam głową. - Chcę... muszę... pójdę. Gdzieś - niezgrabnie wskazałam ręką przestrzeń za moimi plecami.
- Gdzie? - zapytał z niepokojem.
Ha! Dobre pytanie, pomyślałam.
- Do świetlicy, albo gdzieś? - to nie było stwierdzenie.
- Dobrze, tylko błagam, nie zrób sobie krzywdy.
Widocznie już zauważył, że jeżeli będę miała ochotę gdzieś pójść, to tam pójdę, nawet, gdyby za wszelką cenę starał się mnie powstrzymać.
- Kate! Słyszysz mnie? - zawołał, bo zaczęłam się oddalać ciągnąc stopami po ziemi.
- Mhm - burknęłam upychając szeleszczące, zielone papierki do kieszeni kraciastej spódniczki.
Świetlica była niewielkim, jednopiętrowym budyneczkiem wymurowanym bezpośrednio przy budynku szkolnym. Wyglądając bardzo niepozornie, mieściła kilka stołów bilardowych, do ping-ponga, kawiarnię z mnóstwem dwuosobowych stolików i masę tarcz do gry w darta zawieszonych na brudnozielonych ścianach.
Stanęłam w drzwiach, rozglądając się po pomieszczeniu pustym wzrokiem, w poszukiwaniu osoby, z którą dałoby się "normalnie porozmawiać". Utkwił w stoliku w najodleglejszym kącie świetlicy.
Lilly.
- No tak. Widzisz, niby oboje mamy rodzinę, ale oni mają w planach o wiele ciekawsze rzeczy niż niańczenie nas.
- Ah, tak.
- Nie martw się.
- Mhm...
- Kate, trochę entuzjazmu - zachęcił. - Wiesz, ona wyglądała na bardzo sympatyczną kobietę - uśmiechnął się ironicznie.
- Nie wiem, może...
- Hej, Co to za smutna mina? Co to niby znaczy?
- Bo w sumie, to... Tak właściwie... No, ja jej przecież nie znam. Widziałam ją dwa, no może trzy razy - poczułam, że robi mi się słabo.
W tej chwili chciałam pobyć sama, w spokoju przetrawić całą sytuację.
Albo nie, nie chciałam być sama. Chciałam porozmawiać z kimś, kto dobrze wiedziałby o co mi chodzi, ale nie zadawałby zbędnych pytań. Tylko, czy wtedy można by to nazwać rozmową?
- Muszę... - głos załamał mi się nagle.
- Co? Wiesz, chyba będzie lepiej, jeśli położysz się spać.
- Nie, nie - gwałtownie pokręciłam głową. - Chcę... muszę... pójdę. Gdzieś - niezgrabnie wskazałam ręką przestrzeń za moimi plecami.
- Gdzie? - zapytał z niepokojem.
Ha! Dobre pytanie, pomyślałam.
- Do świetlicy, albo gdzieś? - to nie było stwierdzenie.
- Dobrze, tylko błagam, nie zrób sobie krzywdy.
Widocznie już zauważył, że jeżeli będę miała ochotę gdzieś pójść, to tam pójdę, nawet, gdyby za wszelką cenę starał się mnie powstrzymać.
- Kate! Słyszysz mnie? - zawołał, bo zaczęłam się oddalać ciągnąc stopami po ziemi.
- Mhm - burknęłam upychając szeleszczące, zielone papierki do kieszeni kraciastej spódniczki.
Świetlica była niewielkim, jednopiętrowym budyneczkiem wymurowanym bezpośrednio przy budynku szkolnym. Wyglądając bardzo niepozornie, mieściła kilka stołów bilardowych, do ping-ponga, kawiarnię z mnóstwem dwuosobowych stolików i masę tarcz do gry w darta zawieszonych na brudnozielonych ścianach.
Stanęłam w drzwiach, rozglądając się po pomieszczeniu pustym wzrokiem, w poszukiwaniu osoby, z którą dałoby się "normalnie porozmawiać". Utkwił w stoliku w najodleglejszym kącie świetlicy.
Lilly.
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz