Na brzegu stołu chirurgicznego, nieświadoma sensu rozmowy odbywającej się za jej plecami, beztrosko machając nogami siedziała mała, najwyżej kilkuletnia dziewczynka.
- Przykro mi, nie możemy tego zrobić - mężczyzna w białym fartuchu właśnie wszedł do sali.
- Dobrze zapłacę.
- Nie o to chodzi. Nie mamy takich możliwości.
Kobieta szepnęła mu coś do ucha.
- Nie ma mowy - wyjąkał nagle blednąc.
- Nalegam.
- To nie humanitarne nawet w stosunku do zwierząt. Jest taka drobna i delikatna...
- Nie pytałam pana o zdanie.
- Ale dlaczego ona? - spytał płaczliwym głosem, a w jego oczach pojawiły się pierwsze łzy. Wyglądał żałośnie. - Terry wcale by tego nie chciał.
- Ani on, ani ona nie mają już w tej sprawie nic do powiedzenia - uśmiechnęła się dziwnie.
Myślał gorączkowo.
- Obiecuję, że znajdę inne rozwiązanie.
- Wszystko mi jedno. Ma być skuteczne.
- Będzie. Może nie tak trwałe jak to, ale skuteczne.
- Zatem niech będzie. W razie czego będziemy powtarzać o skutku.
O ile to w ogóle możliwe, mężczyzna zbladł jeszcze bardziej.
- Da mi pani czas do końca tygodnia... - zaczął, ale mu przerwała.
- Masz czas do jutra. Potem sama to załatwię.
Przytaknął gorliwie, gdy podeszła do niego i pogładziła go wierzchem dłoni, okrytej atłasową rękawiczką, po policzku.
- Obiecuję, że nie pisnę słowem.
- Spróbowałbyś - zaśmiała się szyderczo poklepując wieko obszernej torebki, na którą ten zerknął ze strachem.
Spojrzała na niego z litością i powiedziała:
- Nie martw się, Terry byłby z ciebie dumny. W końcu robisz to dla niego.
Przez chwilę wyglądał jakby chciał zaprzeczyć, ale rosnąca mu w gardle gula nie pozwoliła dojść słowom do skutku. Kobieta odsunęła się od niego i wyciągnęła rękę w stronę dziewczynki.
Obraz stał się niewyraźny, jak w źle nastawionym odbiorniku, aż w końcu znikł.
Fajnie się zapowaidada... Czytam dalej...
OdpowiedzUsuń