24.10.2011

Chapter 4 "The Revelations"

Tym razem obudziło mnie głuche walenie w drzwi.
Było mi bardzo niewygodnie, nadal spałam w tej samej pozycji, w której zasnęłam poprzedniego dnia. Plecami oparta byłam o ścianę, nogi miałam podkurczone, głowę trzymałam opartą na kolanach. Po wczorajszych "rewelacjach" wciąż bolały mnie oczy.
Mruknęłam cicho wstając z łóżka. Byłam bardzo głodna i zmęczona.
Obaj jeszcze spali, więc chwyciłam za stojący na kredensie słoik z dżemem.
- Mmmm, pycha - oblizałam palec, który uprzednio umoczyłem w lepkiej, obrzydliwie słodkiej mazi.
Podeszłam do śpiącego Nate'a.
- Oo, to takie urocze - szepnęłam ponownie maczając palec w dżemie i robiąc na jego czole wielką czerwoną kropkę. - O tak to jest to.
Uśmiechnęłam się z zachwytem odstawiając słoik na nocną szafkę i otwierając drzwi. Nie spojrzałam nawet czy ktoś za nimi stoi, tylko przymknęłam oczy grzejąc twarz w porannym słońcu. Jeden krok do przodu, jedno potężne łupnięcie i już leżałam na ziemi.
 Podniosłam głowę by zobaczyć, co spowodowało upadek. Na progu stała niewielka paczuszka. Już wiedziałam, o co chodzi. Po chwili w drzwiach stanął przerażony i zdyszany Nate.
- Dziecko, do cholery, co ty robisz?
- Leżę. Dzień odwiedzin... - zmroziła mnie sama myśl, samo wspomnienie o tego dnia. Dopiero do mnie dotarło, co się tak właściwie dzieje. - Dzień odwiedzin - powtórzyłam pustym głosem, jednocześnie wytrzeszczając oczy - no tak.
Poczułam jak coś więźnie mi w gardle.
Spojrzałam na niego z powagą, też nie wyglądał na zachwyconego tą wiadomością. Zerknęłam na jego czoło, humor mi się poprawił, uśmiechnięta od ucha do ucha roześmiałam się histerycznie chowając twarz w ciepłym piasku. "Moje dzieło - pomyślałam - moje dzieło"
- Co cię tak śmieszy?
- Nic, nic. Masz coś na czole.
- O tak, oczywiście, bardzo dobry żart.
Nie wierzył mi. Trudno. Wciąż leżałam na ziemi.
- Abe, zaraz zbiórka  - krzyknął, a do mnie zwrócił się - wstaniesz wreszcie?
- Nie mam najmniejszej ochoty.
- Dobrze - odpowiedział chwytając mnie za nadgarstek i ciągnąc po piasku jak szmacianą lalkę.
Byłoby to bardzo przyjemne, gdyby nie fakt, że ocierający się o mnie piasek powodował, że skóra robiła się coraz bardziej czerwona i piekąca.
- Nate.
- Tak? - odpowiedział przystając na chwilę - wstaniesz już?
- Eee, nie. Chciałam cię tylko poprosić żebyś ciągnął trochę wolniej...
Prychnął. Zaśmiałam się głośno, zbyt gwałtownie robiąc wdech. Ogromna porcja żółtego piasku, rodem z piaskownicy była teraz w moich ustach i nosie, nie wyłączając oczu. Charcząc, prychając i plując zerwałam się na równe nogi.
- No i to jest śmieszne - usłyszałam za sobą głos Abe'a.
- Nie, nie prawda - odpowiedziałam machając rękami na wszystkie strony niczym wiatrak - pomógłbyś mi.
Po jego minie było jednak widać, że nie bardzo wie za co ma się zabrać.
- Świetnie - warknęłam chwytając Nate'a za kołnierz i ciągnąc z całej siły w stronę placu, na którym zebrała się już większość obozowiczów.

3 komentarze:

  1. ŚWIETNE! Teraz w necie są tylko zgapy zmierzchu...

    OdpowiedzUsuń
  2. Super ♥ Szkoda tylko, że taki krótki ten rozdział :( No ale czekam na następny z niecierpliwością.

    OdpowiedzUsuń