Teraz opowiadanie dostępne też na:
30.12.2011
Chapter 16 "The Changes"
Do tego pokoju trafiłabym nawet z zamkniętymi oczami. Chodziłam chwilę w kółko, nie mogąc się zdecydować, czy naprawdę chcę to zrobić.
W końcu zapukałam cichutko, ale nikt nie otworzył. Zapukałam po raz drugi, tym razem bardziej natarczywie.
Usłyszałam kroki, a po chwili w szczelinie między drzwiami a framugą ujrzałam parę ciemnych oczu, które z pewnością nie należały do żadnego z nich.
- Ja chyba... - zaczęłam, ale mi przerwał.
- Nie, raczej nie. Kate, tak?
- Znamy się? - spytałam, gdy szerzej otworzył drzwi.
Kiedy weszłam, zobaczyłam rozwalonego na kanapie Nate'a i siedzącego przed telewizorem Abe'a.
- Od kiedy to nauczyłaś się pukać? -zapytał.
- Myślałam, że pomyliłam pokoje.
Postanowiłam go ignorować, za to uważniej przyjrzałam się chłopakowi, który otworzył mi drzwi.
- To jest Percy - jak na zawołanie przedstawił kolegę Nate.
Włosy miał, podobnie jak oczy, bliżej nieokreślonego koloru. Z pewnością ciemne. Ubrany nijako, w wygniecione spodnie i spraną, bladoniebieską koszulkę. Nie był brzydki, ale nie było w nim niczego, co można by zapamiętać już po pierwszym spotkaniu.
- Chodziłaś kiedyś ze mną na historię - powiedział.
Kiwnęłam głową, uśmiechając się niemrawo i nagle rozumiejąc, że już go kiedyś widziałam.
Abe wyglądał, jakby chciał zapytać dlaczego tu przyszłam, ale jakaś część nie tak źle wychowanego chłopaka nie pozwalała mu na to. Zamiast z czegokolwiek się tłumaczyć podeszłam prosto do kanapy i usiadłam Nate'owi okrakiem na kolanach.
- Już się nie gniewasz? - spytał najwyraźniej mając zamiar mnie pocałować, ale odepchnęłam go od siebie stanowczym gestem.
Oboje unieśli brwi wysoko w górę, z czego jeden z nich wyglądał, jakby miał zamiar parsknąć śmiechem a drugi nadal zachowywał poważną minę.
- O co chodzi? - spytał.
- O nic - odpowiedziałam wesoło. - Po prostu pomyślałam - starałam się mówić jak najbardziej uwodzicielskim głosem - że może nastąpi mała zmiana - dodałam kładąc mu rękę na klatce piersiowej i powoli przesuwając nią w dół.
- A dokładnie jaką? - spytał głośno przełykając ślinę, a ja poczułam "coś" wbijającego mi się w pośladek.
- Nieładnie - zaśmiałam się. - Miałam a myśli małą zamianę ról. Od dziś nie ma nic za darmo.
Abe zrobił gest, udający, że wyjmuje portfel.
Zgromiłam go wzrokiem.
- Nie o to chodzi. Na wszystko trzeba zapracować, na wszystko trzeba zasłużyć. Od dziś musicie zacząć się starać... - urwałam, bo dopiero teraz uświadomiłam sobie błąd, który niewątpliwie popełniłam.
- My? - spytał unosząc brwi i zerkając na współlokatora.
- Przecież wiesz co miałam na myśli - odpowiedziałam, starając się brzmieć, jakby wszystko to było zaplanowane.
Abe puścił do mnie oczko, trzęsąc się z bezgłośnego śmiechu.
Zeskoczyłam z kolan i ignorując ich zdziwione spojrzenia podeszłam prosto do Percy'ego, który pochylał się nad klawiaturą.
- Co robisz? - spytałam kładąc mu dłoń na ramieniu, a chłopak podskoczył przestraszony słysząc mój głos tuż nad uchem.
- Już go przed tobą ostrzegliśmy - dobiegł mnie głos Abe'a gdzieś z kąta pokoju.
- Spokojnie, tylko pytam.
- Nic ciekawego - wyjąkał.
- To nic, chętnie popatrzę - uśmiechnęłam się szeroko przysiadając do niego, a on pochylił się z powrotem nad maszyną z rumieńcem, który wykwitł mu na twarzy.
W końcu zapukałam cichutko, ale nikt nie otworzył. Zapukałam po raz drugi, tym razem bardziej natarczywie.
Usłyszałam kroki, a po chwili w szczelinie między drzwiami a framugą ujrzałam parę ciemnych oczu, które z pewnością nie należały do żadnego z nich.
- Ja chyba... - zaczęłam, ale mi przerwał.
- Nie, raczej nie. Kate, tak?
- Znamy się? - spytałam, gdy szerzej otworzył drzwi.
Kiedy weszłam, zobaczyłam rozwalonego na kanapie Nate'a i siedzącego przed telewizorem Abe'a.
- Od kiedy to nauczyłaś się pukać? -zapytał.
- Myślałam, że pomyliłam pokoje.
Postanowiłam go ignorować, za to uważniej przyjrzałam się chłopakowi, który otworzył mi drzwi.
- To jest Percy - jak na zawołanie przedstawił kolegę Nate.
Włosy miał, podobnie jak oczy, bliżej nieokreślonego koloru. Z pewnością ciemne. Ubrany nijako, w wygniecione spodnie i spraną, bladoniebieską koszulkę. Nie był brzydki, ale nie było w nim niczego, co można by zapamiętać już po pierwszym spotkaniu.
- Chodziłaś kiedyś ze mną na historię - powiedział.
Kiwnęłam głową, uśmiechając się niemrawo i nagle rozumiejąc, że już go kiedyś widziałam.
Abe wyglądał, jakby chciał zapytać dlaczego tu przyszłam, ale jakaś część nie tak źle wychowanego chłopaka nie pozwalała mu na to. Zamiast z czegokolwiek się tłumaczyć podeszłam prosto do kanapy i usiadłam Nate'owi okrakiem na kolanach.
- Już się nie gniewasz? - spytał najwyraźniej mając zamiar mnie pocałować, ale odepchnęłam go od siebie stanowczym gestem.
Oboje unieśli brwi wysoko w górę, z czego jeden z nich wyglądał, jakby miał zamiar parsknąć śmiechem a drugi nadal zachowywał poważną minę.
- O co chodzi? - spytał.
- O nic - odpowiedziałam wesoło. - Po prostu pomyślałam - starałam się mówić jak najbardziej uwodzicielskim głosem - że może nastąpi mała zmiana - dodałam kładąc mu rękę na klatce piersiowej i powoli przesuwając nią w dół.
- A dokładnie jaką? - spytał głośno przełykając ślinę, a ja poczułam "coś" wbijającego mi się w pośladek.
- Nieładnie - zaśmiałam się. - Miałam a myśli małą zamianę ról. Od dziś nie ma nic za darmo.
Abe zrobił gest, udający, że wyjmuje portfel.
Zgromiłam go wzrokiem.
- Nie o to chodzi. Na wszystko trzeba zapracować, na wszystko trzeba zasłużyć. Od dziś musicie zacząć się starać... - urwałam, bo dopiero teraz uświadomiłam sobie błąd, który niewątpliwie popełniłam.
- My? - spytał unosząc brwi i zerkając na współlokatora.
- Przecież wiesz co miałam na myśli - odpowiedziałam, starając się brzmieć, jakby wszystko to było zaplanowane.
Abe puścił do mnie oczko, trzęsąc się z bezgłośnego śmiechu.
Zeskoczyłam z kolan i ignorując ich zdziwione spojrzenia podeszłam prosto do Percy'ego, który pochylał się nad klawiaturą.
- Co robisz? - spytałam kładąc mu dłoń na ramieniu, a chłopak podskoczył przestraszony słysząc mój głos tuż nad uchem.
- Już go przed tobą ostrzegliśmy - dobiegł mnie głos Abe'a gdzieś z kąta pokoju.
- Spokojnie, tylko pytam.
- Nic ciekawego - wyjąkał.
- To nic, chętnie popatrzę - uśmiechnęłam się szeroko przysiadając do niego, a on pochylił się z powrotem nad maszyną z rumieńcem, który wykwitł mu na twarzy.
13.12.2011
Chapter 15 "The Gentleness"
Ze złością zatrzasnęłam drzwi i rzuciłam się na łóżko. Po chwili do pokoju weszła Susan.
- Widziałam jak wybiegłaś - powiedziała siadając na swoim.
- A kto nie widział - odburknęłam, zła chyba bardziej na siebie, niż na nią.
Oliver nie widział, przemknęło mi przez myśl.
- Znałaś Olivera? - spytałam po chwili zastanowienia.
- Zmieniasz temat - była lekko zdziwiona, ale po chwili wiedziona ciekawością dodała: - Nie. Znałam? Nie żyje?
- Nie - odparłam z wahaniem. - Właściwie to nie wiem - podrapałam się po brodzie myśląc intensywnie. - Dawno nie mieliśmy żadnych informacji o nim.
- A co on ma do tego? Coś mu się stało?
- Tak - zrobiłam krótką przerwę, by lepiej sobie przypomnieć. - Oliver nie był taki jak my. Choć pod pewnym względem chyba jednak był. On też miał rodziców, którzy mieli nierówno pod sufitem. Miał rozdwojenie jaźni, jego rodzice zbyt bali się o swoją reputację, żeby wysłać go do psychiatryka, domu opieki, czy czegoś w tym rodzaju.
Widać było, że nad czymś się zastanawia.
- Przysłali go tu. Jego ojciec jest burmistrzem w jakimś prowincjonalnym miasteczku. Oczywiście łatwiej było mu przyznać, że jego syn sam chce tu zamieszkać, by stać się bardziej samodzielnym, niż powiedzieć, że jest chory psychicznie - choć to przecież nie jego wina. Nie czuł się tutaj dobrze - zrobiłam krótką pauzę. - Ale rozmawiał ze mną.
Spojrzałam na nią poprzez gęstwinę ciemnych loków.
- Pewnego razu powiedział mi, że potrafi latać, i że kiedyś się jeszcze o tym przekonam. Śmiałam się. Nie szyderczo, serdecznie - uśmiechnęłam się na wspomnienie o tym, że w tamtych czasach takie rzeczy jeszcze mi się zdarzały. - Wyszłam z pokoju. Kiedy wróciłam stał w otwartym oknie.
- Nie - szepnęła z niedowierzaniem.
Pokiwałam smutno głową.
- Tym tutaj - wskazałam jedyne w pokoju okno, które jednak zajmowało znaczną część ściany. - Zanim zdążyłam cokolwiek powiedzieć, uśmiechnął się i zrobił krok w przód.
- Nawet nie krzyknęłam - dodałam po długiej chwili ciszy. - Ale i nie spojrzałam w dół. Wiesz, to trzecie piętro. Przeżył, ale już tu nie wrócił.
Susan wyglądała na lekko zszokowaną.
- Lilly bardzo lubiła Olivera - powiedziałam zmieniając ton głosu.
Dziewczynie wyraźnie wyostrzył się słuch., gdy usłyszała jej imię.
- Od tej pory nie wypowiedziała nawet słowa.
- Dlaczego nigdy wcześniej o tym nie słyszałam? Dla ciebie to też musiał być szok - zauważyła.
- Tak, ale mną nikt się nie przejmował. Zmieniłam się.
- Na dobre?
- Trudno powiedzieć. Wiesz, punkt widzenia zależy od punktu siedzenia - dla jednej osoby źle, dla drugiej dobrze.
- A dla ciebie?
- Tego dowiem się za kilka lat...
- Jesteś dobrą osobą - zauważyłam, że przygląda mi się badawczo.
- Nie ma mowy - prychnęłam drwiąco. - W każdym razie od tego czasu ludzie dziwnie się na mnie patrzą. Nie wiem tylko, czy są bardziej zniesmaczeni, czy zafascynowani, tym co sobą reprezentuję. Czuję się jak w Zoo.
Uniosła jedną brew do góry, zapewne zastanawiając się co mam na myśli.
- Podczas gdy oni są po drugiej stronie szyby, obserwując moje prywatne życie.
Susan uśmiechnęła się z nieznanego mi powodu.
- Nie wiem co mam robić - spojrzałam pustym wzrokiem na burą ścianę tuż przede mną. - Tym, którzy postępują dobrze, mówi się, by szli za głosem serca. Tym którzy źle, za głosem rozumu, mając nadzieję, że może podpowie im coś mądrego. Mi żadne z nich nic nie podpowiada - zamilkłam, słysząc to, co właśnie wyszło z moich ust.
Chciała coś powiedzieć, ale dałam jej znak, żeby milczała.
- A teraz czuję się jak jakiś pieprzony filozof i myślę, że to, co mówię ma jakikolwiek sens.
- Sądzę, że to przez to, że zostajesz sama ze swoimi problemami. Wiedz, że możesz powiedzieć mi niejedno - uśmiechnęła się do mnie nieśmiało.
Wstała i podeszła do minimalistycznego radia, dziwnie kontrastującego na tle licznych roślin. Dopiero po chwili dobiegły mnie słowa piosenki:
"So I run, and hide and tear myself up,
Start again with a brand new name,
And eyes that see into infinity"
- Coś w tym jest - szepnęłam i zanim Susan zdążyła zauważyć, szybkim krokiem ruszyłam do drzwi.
- Widziałam jak wybiegłaś - powiedziała siadając na swoim.
- A kto nie widział - odburknęłam, zła chyba bardziej na siebie, niż na nią.
Oliver nie widział, przemknęło mi przez myśl.
- Znałaś Olivera? - spytałam po chwili zastanowienia.
- Zmieniasz temat - była lekko zdziwiona, ale po chwili wiedziona ciekawością dodała: - Nie. Znałam? Nie żyje?
- Nie - odparłam z wahaniem. - Właściwie to nie wiem - podrapałam się po brodzie myśląc intensywnie. - Dawno nie mieliśmy żadnych informacji o nim.
- A co on ma do tego? Coś mu się stało?
- Tak - zrobiłam krótką przerwę, by lepiej sobie przypomnieć. - Oliver nie był taki jak my. Choć pod pewnym względem chyba jednak był. On też miał rodziców, którzy mieli nierówno pod sufitem. Miał rozdwojenie jaźni, jego rodzice zbyt bali się o swoją reputację, żeby wysłać go do psychiatryka, domu opieki, czy czegoś w tym rodzaju.
Widać było, że nad czymś się zastanawia.
- Przysłali go tu. Jego ojciec jest burmistrzem w jakimś prowincjonalnym miasteczku. Oczywiście łatwiej było mu przyznać, że jego syn sam chce tu zamieszkać, by stać się bardziej samodzielnym, niż powiedzieć, że jest chory psychicznie - choć to przecież nie jego wina. Nie czuł się tutaj dobrze - zrobiłam krótką pauzę. - Ale rozmawiał ze mną.
Spojrzałam na nią poprzez gęstwinę ciemnych loków.
- Pewnego razu powiedział mi, że potrafi latać, i że kiedyś się jeszcze o tym przekonam. Śmiałam się. Nie szyderczo, serdecznie - uśmiechnęłam się na wspomnienie o tym, że w tamtych czasach takie rzeczy jeszcze mi się zdarzały. - Wyszłam z pokoju. Kiedy wróciłam stał w otwartym oknie.
- Nie - szepnęła z niedowierzaniem.
Pokiwałam smutno głową.
- Tym tutaj - wskazałam jedyne w pokoju okno, które jednak zajmowało znaczną część ściany. - Zanim zdążyłam cokolwiek powiedzieć, uśmiechnął się i zrobił krok w przód.
- Nawet nie krzyknęłam - dodałam po długiej chwili ciszy. - Ale i nie spojrzałam w dół. Wiesz, to trzecie piętro. Przeżył, ale już tu nie wrócił.
Susan wyglądała na lekko zszokowaną.
- Lilly bardzo lubiła Olivera - powiedziałam zmieniając ton głosu.
Dziewczynie wyraźnie wyostrzył się słuch., gdy usłyszała jej imię.
- Od tej pory nie wypowiedziała nawet słowa.
- Dlaczego nigdy wcześniej o tym nie słyszałam? Dla ciebie to też musiał być szok - zauważyła.
- Tak, ale mną nikt się nie przejmował. Zmieniłam się.
- Na dobre?
- Trudno powiedzieć. Wiesz, punkt widzenia zależy od punktu siedzenia - dla jednej osoby źle, dla drugiej dobrze.
- A dla ciebie?
- Tego dowiem się za kilka lat...
- Jesteś dobrą osobą - zauważyłam, że przygląda mi się badawczo.
- Nie ma mowy - prychnęłam drwiąco. - W każdym razie od tego czasu ludzie dziwnie się na mnie patrzą. Nie wiem tylko, czy są bardziej zniesmaczeni, czy zafascynowani, tym co sobą reprezentuję. Czuję się jak w Zoo.
Uniosła jedną brew do góry, zapewne zastanawiając się co mam na myśli.
- Podczas gdy oni są po drugiej stronie szyby, obserwując moje prywatne życie.
Susan uśmiechnęła się z nieznanego mi powodu.
- Nie wiem co mam robić - spojrzałam pustym wzrokiem na burą ścianę tuż przede mną. - Tym, którzy postępują dobrze, mówi się, by szli za głosem serca. Tym którzy źle, za głosem rozumu, mając nadzieję, że może podpowie im coś mądrego. Mi żadne z nich nic nie podpowiada - zamilkłam, słysząc to, co właśnie wyszło z moich ust.
Chciała coś powiedzieć, ale dałam jej znak, żeby milczała.
- A teraz czuję się jak jakiś pieprzony filozof i myślę, że to, co mówię ma jakikolwiek sens.
- Sądzę, że to przez to, że zostajesz sama ze swoimi problemami. Wiedz, że możesz powiedzieć mi niejedno - uśmiechnęła się do mnie nieśmiało.
Wstała i podeszła do minimalistycznego radia, dziwnie kontrastującego na tle licznych roślin. Dopiero po chwili dobiegły mnie słowa piosenki:
"So I run, and hide and tear myself up,
Start again with a brand new name,
And eyes that see into infinity"
- Coś w tym jest - szepnęłam i zanim Susan zdążyła zauważyć, szybkim krokiem ruszyłam do drzwi.
8.12.2011
Chapter 14 "The Anger"
Stołówka w starej remizie była miejscem naprawdę niesamowitym, mimo, że z samego rana nic nie było w stanie mi zaimponować.
Zrobione z czerwonej cegły ściany, długi, wykonany z ciemnego drewna kontuar, cztero- i sześcioosobowe, pomalowane ciemnozieloną farbą olejną stoliki i niewielkie krzesełka do kompletu.
Z zamyślenia wyrwał mnie Abe, który pstryknął palcami tuż przed moim nosem.
- Księżniczka niewyspana? - spytał sarkastycznie. - Oj, chyba nie.
- Co? Dlaczego? - zapytałam nieprzytomnie.
Wskazał palcem plastikową tacę leżącą tuż przede mną. Zamiast kromki chleba, cały wierzch dłoni wysmarowałam masłem i lepkim dżemem brzoskwiniowym.
- Oh.
Abe roześmiał się, ale zaraz skończył, bo w drzwiach stanął Nate.
- Po prostu jestem rozkojarzona.
- Co, po raz pierwszy ktoś ci odmówił? - zapytał uśmiechając się szyderczo i widząc, że trafił w czuły punkt.
- Ty nie odmówiłeś - odpowiedziałam mrużąc oczy.
Wyglądał, jakby miał przygotowaną jakąś jadowitą uwagę na ten temat, ale Nate podszedł do stolika, więc tylko usiadł posłusznie naprzeciwko mnie. Nate usiadł obok i spojrzał najpierw na mnie, potem na niego.
- Coś się stało?
Pochyliłam się nad tacą grzebiąc nożem w słoiku z dżemem. Nie chciałam na niego patrzeć.
- Ty - wskazał na kulącego się za stołem Abe'a. - Co jej jest?
Abe wcale nie był od niego niższy, ani drobniejszy, by czuć się zagrożonym. Ton jakim mówił niemalże do wszystkich był jednakowy: wyniosły i oziębły - zupełnie jak mój. Abe skulił się jeszcze bardziej.
- Może - zaczął nieśmiało, mimo, że wiedziałam, że i jemu nie brakuje pewności siebie - miała na myśli, że straciła władzę, którą tak bardzo...
- Chciał powiedzieć, że znowu się nie wyspałam - przerwałam mu.
- A dlaczego się nie wyspałaś? Hę? - kontynuował - Nie było nikogo, do kogo mogłabyś się przytulić?
- Dosyć! - krzyknęłam uderzając z całej siły pięścią w stół, tak, że wszystkie naczynia podskoczyły zgodnie. - Wychodzę.
Wstałam z hukiem odsuwając krzesło i wymaszerowałam ze stołówki odprowadzana spojrzeniami dziesiątek osób. Jak zwykle, wszyscy przysłuchiwali się naszej rozmowie.
Zrobione z czerwonej cegły ściany, długi, wykonany z ciemnego drewna kontuar, cztero- i sześcioosobowe, pomalowane ciemnozieloną farbą olejną stoliki i niewielkie krzesełka do kompletu.
Z zamyślenia wyrwał mnie Abe, który pstryknął palcami tuż przed moim nosem.
- Księżniczka niewyspana? - spytał sarkastycznie. - Oj, chyba nie.
- Co? Dlaczego? - zapytałam nieprzytomnie.
Wskazał palcem plastikową tacę leżącą tuż przede mną. Zamiast kromki chleba, cały wierzch dłoni wysmarowałam masłem i lepkim dżemem brzoskwiniowym.
- Oh.
Abe roześmiał się, ale zaraz skończył, bo w drzwiach stanął Nate.
- Po prostu jestem rozkojarzona.
- Co, po raz pierwszy ktoś ci odmówił? - zapytał uśmiechając się szyderczo i widząc, że trafił w czuły punkt.
- Ty nie odmówiłeś - odpowiedziałam mrużąc oczy.
Wyglądał, jakby miał przygotowaną jakąś jadowitą uwagę na ten temat, ale Nate podszedł do stolika, więc tylko usiadł posłusznie naprzeciwko mnie. Nate usiadł obok i spojrzał najpierw na mnie, potem na niego.
- Coś się stało?
Pochyliłam się nad tacą grzebiąc nożem w słoiku z dżemem. Nie chciałam na niego patrzeć.
- Ty - wskazał na kulącego się za stołem Abe'a. - Co jej jest?
Abe wcale nie był od niego niższy, ani drobniejszy, by czuć się zagrożonym. Ton jakim mówił niemalże do wszystkich był jednakowy: wyniosły i oziębły - zupełnie jak mój. Abe skulił się jeszcze bardziej.
- Może - zaczął nieśmiało, mimo, że wiedziałam, że i jemu nie brakuje pewności siebie - miała na myśli, że straciła władzę, którą tak bardzo...
- Chciał powiedzieć, że znowu się nie wyspałam - przerwałam mu.
- A dlaczego się nie wyspałaś? Hę? - kontynuował - Nie było nikogo, do kogo mogłabyś się przytulić?
- Dosyć! - krzyknęłam uderzając z całej siły pięścią w stół, tak, że wszystkie naczynia podskoczyły zgodnie. - Wychodzę.
Wstałam z hukiem odsuwając krzesło i wymaszerowałam ze stołówki odprowadzana spojrzeniami dziesiątek osób. Jak zwykle, wszyscy przysłuchiwali się naszej rozmowie.
3.12.2011
Chapter 13 "The Refusal"
Jedna, mała, deszczowa kropelka spłynęła mi po czole, gdy potykając się wciągałam walizkę po schodach starej remizy. Ktoś zaklął głośno, gdy zagrodziłam mu drogę na ich szczycie. Stanęłam wciągając w płuca wilgotne, przepełnione smrodem spalin powietrze. Jeżdżące w tą i tamtą stronę hałaśliwe samochody, znajome sklepy i salon tatuażu naprzeciwko. To wszystko sprawiało, że czułam się jak u siebie w domu. Uśmiechnęłam się zamykając oczy, gdy Abe chwycił mnie za ramię i wciągnął do środka.
- Gdzie mamy pokój? - spytał.
- My? Nigdzie. Wy - wskazałam na Nate'a stojącego nieco dalej - macie tam - pokazałam mu długie, metalowe schody na tle ściany z czerwonej cegły. - A ja tam - wyciągnęłam palec w stronę schodów po przeciwległej stronie stronie holu, w którym najprawdopodobniej stały schody.
- Więc z kim mieszkasz? - spytał zbolałym głosem.
- Z Lilly i... chyba z jej nową znajomą.
Dziewczyna jak na zawołanie odwróciła się w moją stronę. Uśmiechnęłam się do niej pośpiesznie, widząc speszone spojrzenie Abe'a, który jednak wyraźnie odetchnął, na wiadomość, że będę w pokoju z samymi dziewczynami. W holu było coraz mniej osób.
- Idźcie do siebie - powiedziałam do nich. - Spotkamy się po obiedzie.
Śpiesznym krokiem ruszyłam w stronę schodów po lewej stronie. Pokój numer 115. Zapukałam, tak na wszelki wypadek, i nie czekając na odpowiedź weszłam do środka. Gdy drzwi się uchyliły, zawahałam się przez chwilę.
- Co tu się...?
Wtargałam walizkę do zielonej dżungli, w jaką zamienił się pokój.
- Chryste, Lilly, trochę tego za dużo.
W każdym kącie stały stały, w ogromnych donicach, kwitnące krzewy hibiskusa. Również parapet zagracały donice pełne orchidei i lilii.
- Myślałam, że hoduje tylko te maleństwa - powiedziałam wyjmując z kieszeni tycią doniczuszkę i stawiając ją na stoliku nocnym przy jedynym wolnym łóżku.
Godzinę później rozłożyłam się na dywanie, czując, że mój żołądek pęka w szwach. Szanse na doczołganie się do pierwszego lepszego materaca były nikłe, więc wyciągnęłam rękę po leżącą najbliżej książkę. Botanika. Przerzuciłam kilka pierwszych stron w poszukiwaniu obrazków. Gdy ich nie znalazłam, podłożyłam ją sobie pod głowę i czekałam cierpliwie, aż ktoś wejdzie do środka.
- Gdzie mamy pokój? - spytał.
- My? Nigdzie. Wy - wskazałam na Nate'a stojącego nieco dalej - macie tam - pokazałam mu długie, metalowe schody na tle ściany z czerwonej cegły. - A ja tam - wyciągnęłam palec w stronę schodów po przeciwległej stronie stronie holu, w którym najprawdopodobniej stały schody.
- Więc z kim mieszkasz? - spytał zbolałym głosem.
- Z Lilly i... chyba z jej nową znajomą.
Dziewczyna jak na zawołanie odwróciła się w moją stronę. Uśmiechnęłam się do niej pośpiesznie, widząc speszone spojrzenie Abe'a, który jednak wyraźnie odetchnął, na wiadomość, że będę w pokoju z samymi dziewczynami. W holu było coraz mniej osób.
- Idźcie do siebie - powiedziałam do nich. - Spotkamy się po obiedzie.
Śpiesznym krokiem ruszyłam w stronę schodów po lewej stronie. Pokój numer 115. Zapukałam, tak na wszelki wypadek, i nie czekając na odpowiedź weszłam do środka. Gdy drzwi się uchyliły, zawahałam się przez chwilę.
- Co tu się...?
Wtargałam walizkę do zielonej dżungli, w jaką zamienił się pokój.
- Chryste, Lilly, trochę tego za dużo.
W każdym kącie stały stały, w ogromnych donicach, kwitnące krzewy hibiskusa. Również parapet zagracały donice pełne orchidei i lilii.
- Myślałam, że hoduje tylko te maleństwa - powiedziałam wyjmując z kieszeni tycią doniczuszkę i stawiając ją na stoliku nocnym przy jedynym wolnym łóżku.
Godzinę później rozłożyłam się na dywanie, czując, że mój żołądek pęka w szwach. Szanse na doczołganie się do pierwszego lepszego materaca były nikłe, więc wyciągnęłam rękę po leżącą najbliżej książkę. Botanika. Przerzuciłam kilka pierwszych stron w poszukiwaniu obrazków. Gdy ich nie znalazłam, podłożyłam ją sobie pod głowę i czekałam cierpliwie, aż ktoś wejdzie do środka.
***
Jakieś 40 minut później ktoś zapukał i natychmiast otworzył drzwi.
- No, z wywiązywaniem się z obietnic jest u ciebie krucho - prychnął Abe przechodząc przez próg.
- Zamknij się - szepnęłam sennie przekręcając głowę na drugą stronę, bo na policzku odcisnęło mi się boleśnie grube włosie dywanu.
Nate przewrócił teatralnie oczami i chwycił mnie za ramiona, by mnie podnieść.Po chwili leżałam już na i tak dość twardym materacu. Chłopak usiadł brzegu łóżka, plecami w moją stronę.
- No, z wywiązywaniem się z obietnic jest u ciebie krucho - prychnął Abe przechodząc przez próg.
- Zamknij się - szepnęłam sennie przekręcając głowę na drugą stronę, bo na policzku odcisnęło mi się boleśnie grube włosie dywanu.
Nate przewrócił teatralnie oczami i chwycił mnie za ramiona, by mnie podnieść.Po chwili leżałam już na i tak dość twardym materacu. Chłopak usiadł brzegu łóżka, plecami w moją stronę.
- Nudzi mi się - wyszeptałam wkładając mu ręce pod koszulkę i delikatnie gładząc go po plecach. - Wymyślcie coś...
Spojrzeli na siebie jednocześnie i niemal dało się wyczuć gęstniejącą atmosferę, która jednak po chwili zelżała.
Po chwili milczenia Abe odpowiedział:
Spojrzeli na siebie jednocześnie i niemal dało się wyczuć gęstniejącą atmosferę, która jednak po chwili zelżała.
Po chwili milczenia Abe odpowiedział:
- Rozbierz się i pilnuj ubrania - co w jego ustach wcale nie brzmiało jak żart.
- Niee... dziewczyny zaraz wrócą - odpowiedziałam obejmując Nate'a w pasie.
Nie trzeba było być lekarzem, by zauważyć, jak bardzo przyspieszyło mu tętno, gdy jedna dłoń powoli zjechała w dół.
- Niee... dziewczyny zaraz wrócą - odpowiedziałam obejmując Nate'a w pasie.
Nie trzeba było być lekarzem, by zauważyć, jak bardzo przyspieszyło mu tętno, gdy jedna dłoń powoli zjechała w dół.
- Robisz to specjalnie? - spytał Abe (o którym dopiero co sobie przypomniałam), gdy moja dłoń sprawnie minęła krawędź spodni.
- Co? - zapytałam jakby wyrwana z transu.
- A może robisz to - tu wskazał pozycję, w której się obecnie znajdowałam - machinalnie? To nie świadczy zbyt dobrze...
Zacisnęłam zęby powstrzymując się przed rzuceniem się na niego.
- Co? - zapytałam jakby wyrwana z transu.
- A może robisz to - tu wskazał pozycję, w której się obecnie znajdowałam - machinalnie? To nie świadczy zbyt dobrze...
Zacisnęłam zęby powstrzymując się przed rzuceniem się na niego.
- Ależ nie przeszkadzajcie sobie, z chęcią popatrzę.
Momentalnie oderwałam się od Nate'a, chłopak odetchnął głęboko, wypuszczając ze świstem powietrze. Oparł się o chłodną ścianę, zamykając oczy i starając się oddychać miarowo.
- Właściwie myślałam, że musisz już iść - uśmiechnęłam się sztucznie.
- Tak, właściwie to tak - odpowiedział w momencie, w którym do pokoju weszła Susan, ciągnąc Lilly za rękę.
- Przerwałam w czymś? - spytała.
- Ależ skądże - odpowiedział Abe, mimo, że pytanie było skierowane raczej do mnie, i wyszedł z pokoju.
Nate wstał, żeby pójść za nim.
- Właściwie myślałam, że musisz już iść - uśmiechnęłam się sztucznie.
- Tak, właściwie to tak - odpowiedział w momencie, w którym do pokoju weszła Susan, ciągnąc Lilly za rękę.
- Przerwałam w czymś? - spytała.
- Ależ skądże - odpowiedział Abe, mimo, że pytanie było skierowane raczej do mnie, i wyszedł z pokoju.
Nate wstał, żeby pójść za nim.
- Idziesz? - zapytałam próbując złapać go za nogawkę i zatrzymać w miejscu.
- Przecież wiesz, że wrócę - szepnął pochylając się nade mną i całując w czoło. - Jesteś zmęczona, idź spać. Niedługo zacznie się szkoła i przestanie ci się nudzić - puścił do mnie oczko.
- Chciałbyś - szepnęłam, opadając na twardą poduszkę.
Bo ja, z pewnością bym nie chciała.
- Przecież wiesz, że wrócę - szepnął pochylając się nade mną i całując w czoło. - Jesteś zmęczona, idź spać. Niedługo zacznie się szkoła i przestanie ci się nudzić - puścił do mnie oczko.
- Chciałbyś - szepnęłam, opadając na twardą poduszkę.
Bo ja, z pewnością bym nie chciała.
30.11.2011
Chapter 12 "The Gift"
- Ruszaj się! - wrzasnęłam, bo Abe nadal wylegiwał się w łóżku.
Na dźwięk mojego głosu wzdrygnął się i przetoczył na plecy lądując z łomotem na podłodze. Nate zatrząsł się ze śmiechu ciągnąc walizkę przez pokój.
- Za 15 minut na placu. Odjeżdżamy - rzuciłam i wyszłam na zewnątrz.
Byli tam już chyba wszyscy.
- Brakuje jeszcze 3 osób! - wydarła się jedna z opiekunek.
- Abe już się ubiera - szepnęłam.
- W takim razie tylko 2! - jakimś cudem mnie usłyszała i krzyknęła po raz drugi.
Rozejrzałam się po placu, nagle rozumiejąc o kogo chodzi.
- Pójdę po nie.
Na dźwięk mojego głosu wzdrygnął się i przetoczył na plecy lądując z łomotem na podłodze. Nate zatrząsł się ze śmiechu ciągnąc walizkę przez pokój.
- Za 15 minut na placu. Odjeżdżamy - rzuciłam i wyszłam na zewnątrz.
Byli tam już chyba wszyscy.
- Brakuje jeszcze 3 osób! - wydarła się jedna z opiekunek.
- Abe już się ubiera - szepnęłam.
- W takim razie tylko 2! - jakimś cudem mnie usłyszała i krzyknęła po raz drugi.
Rozejrzałam się po placu, nagle rozumiejąc o kogo chodzi.
- Pójdę po nie.
***
Delikatnie zapukałam do drzwi, które skrzypnęły i stanęły otworem.
- Lilly? - szepnęłam, nie wiedząc czego mam się spodziewać.
- Już idziemy - usłyszałam głos, który z pewnością do niej nie należał, a był poza zasięgiem mojego wzroku.
Usłyszałam ciężkie kroki, najwyraźniej porządnie zmęczonej osoby. Chwilę później stanęła przede mną dziewczyna, której nigdy wcześniej nie widziałam.
Była ode mnie wyższa, ale z pewnością nie chudsza. Równie blada, co jej współlokatorka, z długimi, prostymi, płomiennymi włosami, piegowatą twarzą i dłońmi.
Jedną z nich wyciągnęła w moją stronę.
- My się chyba nie znamy? Susan.
Z oczami wielkimi jak spodeczki, podałam jej uprzejmie swoją dłoń.
- Kate.
- Tak jak już mówiłam, zaraz przyjdziemy. Lilly właśnie... - urwała i obejrzała się za siebie.
Dziewczyna siedziała na podłodze ze zwieszoną głową. Ta druga podbiegła do niej i przykucnęła tuż obok. Szeptała coś do niej. Zupełnie jak do autystycznego dziecka - pomyślałam.
Po chwili Lilly podniosła się ostrożnie i podeszła do mnie powoli. W otwartej dłoni trzymała glinianą doniczuszkę wielkości naparstka. A w niej coś, czego nie potrafiłabym sobie wyobrazić - roślinka o łodyżce nieco grubszej od włosa. Na jej czubku znajdowała się masa maciupeńkich kwiatków o płatkach wielkości główki od szpilki. Jeden bladoróżowy, jeden błękitny... można by wymieniać w nieskończoność, bo kwiatki mieniły się i opalizowały w zależności od kąta padającego światła.
- To prezent - odezwała się nagle Susan.
Z niedowierzaniem chwyciłam doniczkę dwoma palcami, uważając by jej nie zgnieść, i ostrożnie podniosłam do oczu, by lepiej się przyjrzeć. Pod wpływem mojego oddechu kołysała się jak podczas huraganu.
- Chce, żebyś się nią opiekowała.
Spojrzałam na Lilly. Jej twarz jak zwykle niczego nie wyrażała.
- Dziękuję - powiedziałam nieśmiało. - Możemy już iść?
Obie powlokły się na mną, po grząskim piasku i wysokiej trawie, która wkręcała się w drobne kółka walizek, w stronę zaciekawionych spojrzeń dzieciaków.
26.11.2011
Chapter 11 "The Perverseness"
Leżałam tępo gapiąc się w śnieżnobiały sufit i próbując dopatrzeć się na nim jakichkolwiek plam, czy nierówności.
I co teraz? Skończą się wakacje i Abe pojedzie. Nie będę musiała się z niczego tłumaczyć.
I tak nie będę się z niczego tłumaczyć! Jest moim przyjacielem, a nie zaborczym narzeczonym. To nie jego sprawa... w sumie.
Przez chwilę miałam ochotę się uśmiechnąć, ale jakoś nie mogłam. To chyba nie jest temat do żartów. Nie chcę, żeby Abe wyjeżdżał, ale tak będzie lepiej. Dla mnie, dla niego, dla nich. Nie chcę kłamać, choć przecież nigdy się przed tym nie hamowałam. Tak po prostu się nie robi. Z drugiej strony, chyba nie potrafiłabym inaczej... Czy mogłabym zrezygnować z któregoś z nich?
Ktoś zakukał do drzwi, jak zwykle w najmniej odpowiednim momencie.
- Nate - szepnęłam.
Nie poruszył się. Dźgnęłam go palcem w ramię. Nic, zero reakcji. podniosłam się na łokciach by nieco lepiej widzieć. Śpi, rany boskie, śpi! Wywróciłam teatralnie oczami.
Wychyliłam głowę ponad parapet (mając na uwadze, by następnym razem nie zapomnieć spuścić rolet), by zobaczyć kto stoi za drzwiami. Pusto? Znowu jakiś żart?
Ale ktoś zapukał raz jeszcze. Wstałam ociągając się lekko, podeszłam do drzwi i otworzyłam je mocnym szarpnięciem. W progu stał, a raczej siedział, Abe i najwyraźniej był już porządnie znudzony, bo bawił się sznurówką.
- O! - sapnął kiedy mnie zobaczył i wstał podpierając się o futrynę.
- Tak, wiesz, mieszkam tu - sarknęłam w odpowiedzi na niezbyt miłe powitanie.
- Chciałem wejść, ale... - wskazał drzwi.
- To dlaczego tego nie zrobiłeś? - przerwałam mu i dopiero wtedy uświadomiłam sobie czego byłby świadkiem, gdyby tak po prostu wkroczył do pokoju.
- Drzwi były zamknięte.
- Nieprawda, były otwarte. Po prostu nie umiesz ich obsługiwać.
- Mogę wejść? Stoję tu już chyba z pół godziny i czekam aż ktoś sobie o mnie przypomni...
"Marne szanse" mruknęłam pod nosem, otwierając szerzej drzwi, żeby wpuścić go do środka. Niemal od razu padł na maleńki narożnik wciśnięty w kąt przy drzwiach. Spojrzał na stojące naprzeciw piętrowe łóżko.
- A temu co?
Zajęło mi chwilę, zanim zrozumiałam o kogo mu chodzi.
- Jak go ostatni raz widziałem to taki padnięty nie był - podrapał się po brodzie i zerknął na mnie z ukosa.
Zachichotałam cicho.
- Dziwna jest ta cała sprawa z wami.
- Nami? Dlaczego?
- Pomyślałbym, że jesteście rodzeństwem, gdybym nie wiedział, że to nieprawda. Tylko, że brat i siostra w gruncie rzeczy się tak nie zachowują - łypnął na mnie spode łba najwyraźniej urażony. - Chyba, że to jakiś szczególny przypadek patologii.
- Daj spokój - odpowiedziałam bezbarwnym głosem, bo moje myśli błądziły zupełnie gdzie indziej.
Zapadła cisza, którą tylko na sekundę zmąciło ciche chrapnięcie. Abe z trudem stłumił śmiech, ale natychmiast się uspokoił, bo dostał łokciem w żebra.
- Zastanawiam się co będzie po wakacjach - odezwał się po jakimś czasie.
Sprężyny skrzypnęły, kiedy usiadłam na skrawku kanapy obok niego.
- A co masz na myśli? To, że skończy się lato, a ty wrócisz do swojej wspaniałej willi z basenem i zapomnisz o swojej małej, ciemnowłosej przyjaciółce? - spytałam z udawanym żalem przeciągając palcem po jego nagim ramieniu. Przeszedł go lekki dreszcz.
- Zdziwiłabyś się - już miałam zapytać o co mu chodziło, kiedy dodał: - Miałem na myśli to, że mam zamiar zostać tu po wakacjach.
Przez chwilę zastanawiałam się, czy na pewno dobrze usłyszałam.
- To wspaniale, tak się cieszę.
No to mamy problem, pomyślałam, rzucając mu się na szyję i zastanawiając się, czy bardziej chce mi się śmiać, czy płakać.
- Wiesz, za dwa tygodnie jedziemy do Bostonu. Mają większe pokoje, no i ośrodek jest prawie w centrum miasta...
- To ten poprawczak zmienia miejsca?
- To nie jest poprawczak - odpowiedziałam obrażonym tonem. - Trafiają tu dzieciaki bez rodziców, te, których rodzice mają wystarczająco dużo pieniędzy, by się ich pozbyć i te z problemami. Prawdziwy kocioł. I tak, tu, w Stratford spędzamy tylko wakacje. W Bostonie cały rok jest tak samo buro, kiedy tu, jest piękna pogoda. Szczerze mówiąc to jej nienawidzę.
- Widzę, że się cieszysz.
- No jasne. To duże miasto, w porównaniu z tym zielonym zadupiem.
- Rozumiem.
- O co ci chodzi?
- Sam nie wiem.
- Aha, nie wiesz o co ci chodzi, ale chodzi ci o to bardzo mocno. Zachowujesz się jak baba.
- Może i tak, w odróżnieniu od ciebie...
- No wiesz?! - warknęłam obrażona.
- Przepraszam, ale chyba sama przyznasz, że czasami po prostu nie wypada - zerknął na Nate'a rozwalonego na łóżku.
- Ah, serio? Ostatnio jakoś ci to nie przeszkadzało. Dlaczego wtedy nie przedstawiłeś mi swoich "zasad moralnych"? Poza tym, jak one niby brzmią? - syknęłam złośliwie .
Cisza. Patrzył niewidzącym wzrokiem gdzieś w zamknięte okno.
- Mogę robić co chcę i z kim chcę - dodałam już nieco ciszej, starając się włożyć w to jak najwięcej jadu. - Zdaje się, że początek tej rozmowy miał mi coś zasugerować. Odpowiedź brzmi: nie. Nie dlatego, że ktoś cię ubiegł, tylko dlatego, że ja tak mówię. Jeśli taki układ cie nie pasuje, to wyjdź i ani waż się wracać.
Przez chwilę sprawiał wrażenie, jakby naprawdę chciał to zrobić, ale powstrzymał się i mocniej oparł o poduszki.
-Brzydki nie jesteś. Właściwie, to całkiem przystojny. Przejdź się, ochłonij i spróbuj szczęścia gdzie indziej. Może ktoś się skusi... - przerwałam widząc jego mordercze spojrzenie. - Nie obrażaj się, przecież widzę, że tego chcesz.
Przekręcił się tak, by lepiej mnie widzieć.
- Naprawdę tak myślisz?
Nie odpowiedziałam, tylko wstałam i powoli przeszłam przez pokój. Usiadłam pomiędzy rozłożonymi nogami Nate'a i obserwując jak Abe bierze głęboki oddech, pochyliłam się nad nim, by szepnąć:
- Nate, wstawaj.
Z niesamowitą, jak na dopiero co obudzoną osobę, siłą złapał mnie za nadgarstek i pociągnął tak, bym znalazła się tuż obok niego. Chwycił moją twarz w obie dłonie i delikatnie pocałował w czoło.
- Cześć, mała - wymruczał mi do ucha.
Objął mnie ramieniem i przyciągnął bliżej siebie. Zasnęłam wtulona w jego tors, czując na sobie wzrok Abe'a.
I co teraz? Skończą się wakacje i Abe pojedzie. Nie będę musiała się z niczego tłumaczyć.
I tak nie będę się z niczego tłumaczyć! Jest moim przyjacielem, a nie zaborczym narzeczonym. To nie jego sprawa... w sumie.
Przez chwilę miałam ochotę się uśmiechnąć, ale jakoś nie mogłam. To chyba nie jest temat do żartów. Nie chcę, żeby Abe wyjeżdżał, ale tak będzie lepiej. Dla mnie, dla niego, dla nich. Nie chcę kłamać, choć przecież nigdy się przed tym nie hamowałam. Tak po prostu się nie robi. Z drugiej strony, chyba nie potrafiłabym inaczej... Czy mogłabym zrezygnować z któregoś z nich?
Ktoś zakukał do drzwi, jak zwykle w najmniej odpowiednim momencie.
- Nate - szepnęłam.
Nie poruszył się. Dźgnęłam go palcem w ramię. Nic, zero reakcji. podniosłam się na łokciach by nieco lepiej widzieć. Śpi, rany boskie, śpi! Wywróciłam teatralnie oczami.
Wychyliłam głowę ponad parapet (mając na uwadze, by następnym razem nie zapomnieć spuścić rolet), by zobaczyć kto stoi za drzwiami. Pusto? Znowu jakiś żart?
Ale ktoś zapukał raz jeszcze. Wstałam ociągając się lekko, podeszłam do drzwi i otworzyłam je mocnym szarpnięciem. W progu stał, a raczej siedział, Abe i najwyraźniej był już porządnie znudzony, bo bawił się sznurówką.
- O! - sapnął kiedy mnie zobaczył i wstał podpierając się o futrynę.
- Tak, wiesz, mieszkam tu - sarknęłam w odpowiedzi na niezbyt miłe powitanie.
- Chciałem wejść, ale... - wskazał drzwi.
- To dlaczego tego nie zrobiłeś? - przerwałam mu i dopiero wtedy uświadomiłam sobie czego byłby świadkiem, gdyby tak po prostu wkroczył do pokoju.
- Drzwi były zamknięte.
- Nieprawda, były otwarte. Po prostu nie umiesz ich obsługiwać.
- Mogę wejść? Stoję tu już chyba z pół godziny i czekam aż ktoś sobie o mnie przypomni...
"Marne szanse" mruknęłam pod nosem, otwierając szerzej drzwi, żeby wpuścić go do środka. Niemal od razu padł na maleńki narożnik wciśnięty w kąt przy drzwiach. Spojrzał na stojące naprzeciw piętrowe łóżko.
- A temu co?
Zajęło mi chwilę, zanim zrozumiałam o kogo mu chodzi.
- Jak go ostatni raz widziałem to taki padnięty nie był - podrapał się po brodzie i zerknął na mnie z ukosa.
Zachichotałam cicho.
- Dziwna jest ta cała sprawa z wami.
- Nami? Dlaczego?
- Pomyślałbym, że jesteście rodzeństwem, gdybym nie wiedział, że to nieprawda. Tylko, że brat i siostra w gruncie rzeczy się tak nie zachowują - łypnął na mnie spode łba najwyraźniej urażony. - Chyba, że to jakiś szczególny przypadek patologii.
- Daj spokój - odpowiedziałam bezbarwnym głosem, bo moje myśli błądziły zupełnie gdzie indziej.
Zapadła cisza, którą tylko na sekundę zmąciło ciche chrapnięcie. Abe z trudem stłumił śmiech, ale natychmiast się uspokoił, bo dostał łokciem w żebra.
- Zastanawiam się co będzie po wakacjach - odezwał się po jakimś czasie.
Sprężyny skrzypnęły, kiedy usiadłam na skrawku kanapy obok niego.
- A co masz na myśli? To, że skończy się lato, a ty wrócisz do swojej wspaniałej willi z basenem i zapomnisz o swojej małej, ciemnowłosej przyjaciółce? - spytałam z udawanym żalem przeciągając palcem po jego nagim ramieniu. Przeszedł go lekki dreszcz.
- Zdziwiłabyś się - już miałam zapytać o co mu chodziło, kiedy dodał: - Miałem na myśli to, że mam zamiar zostać tu po wakacjach.
Przez chwilę zastanawiałam się, czy na pewno dobrze usłyszałam.
- To wspaniale, tak się cieszę.
No to mamy problem, pomyślałam, rzucając mu się na szyję i zastanawiając się, czy bardziej chce mi się śmiać, czy płakać.
- Wiesz, za dwa tygodnie jedziemy do Bostonu. Mają większe pokoje, no i ośrodek jest prawie w centrum miasta...
- To ten poprawczak zmienia miejsca?
- To nie jest poprawczak - odpowiedziałam obrażonym tonem. - Trafiają tu dzieciaki bez rodziców, te, których rodzice mają wystarczająco dużo pieniędzy, by się ich pozbyć i te z problemami. Prawdziwy kocioł. I tak, tu, w Stratford spędzamy tylko wakacje. W Bostonie cały rok jest tak samo buro, kiedy tu, jest piękna pogoda. Szczerze mówiąc to jej nienawidzę.
- Widzę, że się cieszysz.
- No jasne. To duże miasto, w porównaniu z tym zielonym zadupiem.
- Rozumiem.
- O co ci chodzi?
- Sam nie wiem.
- Aha, nie wiesz o co ci chodzi, ale chodzi ci o to bardzo mocno. Zachowujesz się jak baba.
- Może i tak, w odróżnieniu od ciebie...
- No wiesz?! - warknęłam obrażona.
- Przepraszam, ale chyba sama przyznasz, że czasami po prostu nie wypada - zerknął na Nate'a rozwalonego na łóżku.
- Ah, serio? Ostatnio jakoś ci to nie przeszkadzało. Dlaczego wtedy nie przedstawiłeś mi swoich "zasad moralnych"? Poza tym, jak one niby brzmią? - syknęłam złośliwie .
Cisza. Patrzył niewidzącym wzrokiem gdzieś w zamknięte okno.
- Mogę robić co chcę i z kim chcę - dodałam już nieco ciszej, starając się włożyć w to jak najwięcej jadu. - Zdaje się, że początek tej rozmowy miał mi coś zasugerować. Odpowiedź brzmi: nie. Nie dlatego, że ktoś cię ubiegł, tylko dlatego, że ja tak mówię. Jeśli taki układ cie nie pasuje, to wyjdź i ani waż się wracać.
Przez chwilę sprawiał wrażenie, jakby naprawdę chciał to zrobić, ale powstrzymał się i mocniej oparł o poduszki.
-Brzydki nie jesteś. Właściwie, to całkiem przystojny. Przejdź się, ochłonij i spróbuj szczęścia gdzie indziej. Może ktoś się skusi... - przerwałam widząc jego mordercze spojrzenie. - Nie obrażaj się, przecież widzę, że tego chcesz.
Przekręcił się tak, by lepiej mnie widzieć.
- Naprawdę tak myślisz?
Nie odpowiedziałam, tylko wstałam i powoli przeszłam przez pokój. Usiadłam pomiędzy rozłożonymi nogami Nate'a i obserwując jak Abe bierze głęboki oddech, pochyliłam się nad nim, by szepnąć:
- Nate, wstawaj.
Z niesamowitą, jak na dopiero co obudzoną osobę, siłą złapał mnie za nadgarstek i pociągnął tak, bym znalazła się tuż obok niego. Chwycił moją twarz w obie dłonie i delikatnie pocałował w czoło.
- Cześć, mała - wymruczał mi do ucha.
Objął mnie ramieniem i przyciągnął bliżej siebie. Zasnęłam wtulona w jego tors, czując na sobie wzrok Abe'a.
22.11.2011
Chapter 10 "The Loneliness"
Szary, zakurzony autobus odjechał z podjazdu. Weszłam do domku trzaskając drzwiami do akompaniamentu młotów pneumatycznych i gigantycznych ciężarówek przypominających czołgi. Kto by pomyślał, żeby budować hotel tuż przy ośrodku wychowawczym?
Chwyciłam upuszczoną w progu, sfalowaną od wilgoci gazetę (którą de facto próbowałam przeczytać już od tygodnia, z marnym z resztą skutkiem) i wyszłam na zewnątrz akurat w momencie, gdy w powietrze wzbiła się chmura duszącego dymu i białego pyłu. Machając rękami by odpędzić je od siebie ruszyłam w stronę, gdzie powinna się znajdować najbliższa ławka.
Mój piszczel odnalazł ją dużo szybciej niż oczy. Ze złością kopnęłam ją drugą, sprawną nogą i z wahaniem przed odwetem ułożyłam się na niej, akurat gdy zza szarej chmury wyjrzało słońce.
Chwilę później - przynajmniej tak mi się wydawało - dobiegła mnie fala zimna i uświadomiłam sobie, że się zdrzemnęłam. A po sekundzie byłam już cała mokra. Zgarniając włosy z mokrej twarzy i, trochę oszołomiona, przecierając oczy rozejrzałam się po okolicy. Za grubą, drucianą siatką stało dwóch robotników zaśmiewających się złośliwie.
Dopiero potem zobaczyłam dość spory, betonowy klocek leżący na brzegu niewielkiego, porośniętego trzciną bajorka, który najwyraźniej spadł z haka stojącego najbliżej dźwigu.
- Niech się panowie cieszą, że jest tu ta siatka - powiedziałam i zgodnie z moimi przypuszczeniami ci dwaj zamilkli nagle i zniknęli pomiędzy podobnymi betonowymi blokami.
Pobliskie dachy, łącznie z tym moim, pokryte były lepkim, brązowym szlamem.
Kolejne kilka dni, choć właściwie nie wiem ile ich było, również minęły mi na obserwowaniu uwijających się za siatką robotników, z których ⅓ robiła cokolwiek w ramach swojej pracy, a reszta siedziała oparta o betonowy mur z puszką piwa w ręku.
- Te, panienko - krzyknął jeden z nich wystawiając puszkę w moim kierunku.
- Ciepłe? - spytałam, a raczej odkrzyknęłam.
Pociągnął mały łyk i odpowiedział:
- Taaak, chyba, że ci to przeszkadza...
- Właściwie to... - ale nie zdążyłam dokończyć, bo ktoś położył mi dłoń na ramieniu, dziwnie chłodną, na rozpalonej słońcem skórze.
- Właściwie, to ona musi już iść - powiedział.
- Nate! - wydarłam się odwracając się gwałtownie i rzucając mu na szyję.
- Ej, chłopcze - krzyknął stojący ciągle za siatką mężczyzna - pożycz nam ją, na godzinkę-dwie. Chyba nie będzie ci teraz potrzebna, co? - zaśmiał się gorzko, a wraz z nim kilku jego kolegów.
- Przykro mi, panowie, ale mam już pewne plany - również się uśmiechnął.
"Co?" wyartykułowałam bezgłośnie patrząc na niego ze zdziwieniem. Przyłożył palec do ust, dając mi znak, żebym po prostu się zamknęła, a potem szepnął:
- Chodź.
Zdążyłam rozejrzeć się dookoła, widząc wysiadających z autobusu ludzi, zanim zostałam wepchnięta do środka.
Nate podszedł do małej lodówki w przeciwległym końcu pokoju i wyciągnął z niej butelkę jakiegoś napoju energetyzującego.
- Więc... gdzie jest Abe?- spytałam.
Wzruszył tylko ramionami i oparł się plecami o lodówkę, tyłem do mnie. Usiadłam na brzegu łóżka i podskoczyłam na nim tak, by zaskrzypiało leciutko. Nate odwrócił się rozbawiony.
- No ty chyba nie myślisz, że...
- Bo...
- No przecież musiałem cię jakoś stamtąd wyciągnąć. Chyba nie chcesz do nich wrócić, co?
- Nie, nie chcę - odpowiedziałam tonem małej, obrażonej dziewczynki. - Ale ty...
Upił łyk i przez dłuższą chwilę stał w zupełnej ciszy przyglądając mi się badawczo.
- Ależ niesamowicie uparta jesteś - uśmiechnął się rozbrajająco, błyskawicznym ruchem ściągając z siebie koszulkę. - Nie sądzę, żeby to był jakiś specjalnie dobry pomysł, ale... - spojrzał na mnie z góry opierając się rękami o materac tuż nad moją głową.
Nie udało mi się przypomnieć chwili, w której zdążyłam się położyć.
- Tak długo się nie widzieliśmy - powiedziałam szeptem przeciągając palcem po jego szyi, a drugą dłoń, powoli wplatając we włosy.
Materac lekko skrzypnął, Nate skrzywił się.
- Daj spokój - szepnęłam delikatnie odwracając twarz z powrotem w moją stronę.
Uśmiechnął się - tak wyglądał zdecydowanie lepiej.
- Na czym skończyliśmy?
Zachichotałam, czując, że pod jego ciężarem zapadam się głębiej w puszystą narzutę.
Chwyciłam upuszczoną w progu, sfalowaną od wilgoci gazetę (którą de facto próbowałam przeczytać już od tygodnia, z marnym z resztą skutkiem) i wyszłam na zewnątrz akurat w momencie, gdy w powietrze wzbiła się chmura duszącego dymu i białego pyłu. Machając rękami by odpędzić je od siebie ruszyłam w stronę, gdzie powinna się znajdować najbliższa ławka.
Mój piszczel odnalazł ją dużo szybciej niż oczy. Ze złością kopnęłam ją drugą, sprawną nogą i z wahaniem przed odwetem ułożyłam się na niej, akurat gdy zza szarej chmury wyjrzało słońce.
Chwilę później - przynajmniej tak mi się wydawało - dobiegła mnie fala zimna i uświadomiłam sobie, że się zdrzemnęłam. A po sekundzie byłam już cała mokra. Zgarniając włosy z mokrej twarzy i, trochę oszołomiona, przecierając oczy rozejrzałam się po okolicy. Za grubą, drucianą siatką stało dwóch robotników zaśmiewających się złośliwie.
Dopiero potem zobaczyłam dość spory, betonowy klocek leżący na brzegu niewielkiego, porośniętego trzciną bajorka, który najwyraźniej spadł z haka stojącego najbliżej dźwigu.
- Niech się panowie cieszą, że jest tu ta siatka - powiedziałam i zgodnie z moimi przypuszczeniami ci dwaj zamilkli nagle i zniknęli pomiędzy podobnymi betonowymi blokami.
Pobliskie dachy, łącznie z tym moim, pokryte były lepkim, brązowym szlamem.
***
Kolejne kilka dni, choć właściwie nie wiem ile ich było, również minęły mi na obserwowaniu uwijających się za siatką robotników, z których ⅓ robiła cokolwiek w ramach swojej pracy, a reszta siedziała oparta o betonowy mur z puszką piwa w ręku.
- Te, panienko - krzyknął jeden z nich wystawiając puszkę w moim kierunku.
- Ciepłe? - spytałam, a raczej odkrzyknęłam.
Pociągnął mały łyk i odpowiedział:
- Taaak, chyba, że ci to przeszkadza...
- Właściwie to... - ale nie zdążyłam dokończyć, bo ktoś położył mi dłoń na ramieniu, dziwnie chłodną, na rozpalonej słońcem skórze.
- Właściwie, to ona musi już iść - powiedział.
- Nate! - wydarłam się odwracając się gwałtownie i rzucając mu na szyję.
- Ej, chłopcze - krzyknął stojący ciągle za siatką mężczyzna - pożycz nam ją, na godzinkę-dwie. Chyba nie będzie ci teraz potrzebna, co? - zaśmiał się gorzko, a wraz z nim kilku jego kolegów.
- Przykro mi, panowie, ale mam już pewne plany - również się uśmiechnął.
"Co?" wyartykułowałam bezgłośnie patrząc na niego ze zdziwieniem. Przyłożył palec do ust, dając mi znak, żebym po prostu się zamknęła, a potem szepnął:
- Chodź.
Zdążyłam rozejrzeć się dookoła, widząc wysiadających z autobusu ludzi, zanim zostałam wepchnięta do środka.
Nate podszedł do małej lodówki w przeciwległym końcu pokoju i wyciągnął z niej butelkę jakiegoś napoju energetyzującego.
- Więc... gdzie jest Abe?- spytałam.
Wzruszył tylko ramionami i oparł się plecami o lodówkę, tyłem do mnie. Usiadłam na brzegu łóżka i podskoczyłam na nim tak, by zaskrzypiało leciutko. Nate odwrócił się rozbawiony.
- No ty chyba nie myślisz, że...
- Bo...
- No przecież musiałem cię jakoś stamtąd wyciągnąć. Chyba nie chcesz do nich wrócić, co?
- Nie, nie chcę - odpowiedziałam tonem małej, obrażonej dziewczynki. - Ale ty...
Upił łyk i przez dłuższą chwilę stał w zupełnej ciszy przyglądając mi się badawczo.
- Ależ niesamowicie uparta jesteś - uśmiechnął się rozbrajająco, błyskawicznym ruchem ściągając z siebie koszulkę. - Nie sądzę, żeby to był jakiś specjalnie dobry pomysł, ale... - spojrzał na mnie z góry opierając się rękami o materac tuż nad moją głową.
Nie udało mi się przypomnieć chwili, w której zdążyłam się położyć.
- Tak długo się nie widzieliśmy - powiedziałam szeptem przeciągając palcem po jego szyi, a drugą dłoń, powoli wplatając we włosy.
Materac lekko skrzypnął, Nate skrzywił się.
- Daj spokój - szepnęłam delikatnie odwracając twarz z powrotem w moją stronę.
Uśmiechnął się - tak wyglądał zdecydowanie lepiej.
- Na czym skończyliśmy?
Zachichotałam, czując, że pod jego ciężarem zapadam się głębiej w puszystą narzutę.
15.11.2011
Chapter 9 "The Reasons"
Na zewnątrz czuło się już nadchodzący wieczór. Słońce zaczynało chować się za horyzontem, niebo zabarwiło się na różowo, powietrze wypełniło się charakterystycznym dla letniej nocy zapachem.
- Na co masz ochotę? - zagadnął biorąc do ręki czerwoną, plastikową tacę.
- Mówisz jakbym miała jakiś wybór.
- No tak - uśmiechnął się.
Kolejka przesuwała się potwornie wolno. Ktoś klepnął mnie w ramię. Nie musiałam się odwracać, żeby wiedzieć kto to.
- O, już jesteś.
- Co wy tu jadacie na kolację? To znaczy, co wy tu w ogóle jecie? - zapytał Abe z nadmierną ciekawością.
- Dziś? - wyciągnęłam szyję by lepiej zobaczyć gablotę podobną do tych, które umieszcza się w supermarketach na dziale mięsnym stojącą w drugim końcu pomieszczenia. - Gluty, albo gluty.
- Kate - mruknął Nate - chyba nie chcesz zniesmaczyć naszego nowo-przybyłego hmm... kolegi? - zwrócił się do niego - Chyba jakieś tosty, sok, dżem, nutella... to co zawsze, Na kolację no i na śniadanie zresztą też.
- Pięknie - bąknął Abe.
Położyłam na tacy pszenny tost i opakowanie masła, takie, jakie często dają w hotelach.
- Tam - wskazałam stojący dokładnie na środku stolik, bo Abe zaczynał kręcić się po pomieszczeniu zniecierpliwiony.
- Na pewno? Myślałem, że tacy jak wy siedzą raczej z boku - spojrzałam na niego z powątpiewaniem. - Znaczy, na filmach zawsze tak było - zmieszał się.
- Tacy jak my? To znaczy?
- Właściwie to nie wiem. Tacy no... - popatrzył na uciekające nam z drogi dzieciaki i wskazał je palcem - o tacy, o.
- Ah - uśmiechnęłam się szeroko zajmując miejsce koło Nate'a.
Wszyscy, chcąc nie chcąc, wpatrywali się w nas z zaciekawieniem. Prawdę mówiąc stanowiliśmy coś na wzór pary królewskiej. Choć pary, to też trochę za dużo powiedziane. Mimowolnie, jeszcze szerzej, uśmiechnęłam się do własnych myśli.
- Często pojawia się tu ktoś nowy? - zapytał Abe nieco spłoszony takim zachowaniem.
- Nie specjalnie. Większość, to tak zwani "stali bywalcy" - odpowiedziałam mając na myśli również siebie samą.
- Biedne dzieciaki.
- Czy ja wiem, większość z nich sobie na to zasłużyła.
- No a ty?
Cisza. Uniosłam głowę tylko na chwilę, by sprawdzić, czy moje przypuszczenia okazały się prawdziwe. Drzwi wejściowe lekko skrzypnęły. Bar z jedzeniem opustoszał tylko po to, by tuż po jej odejściu ponownie zostać oblężonym przez głodne dzieci.
- O, Lilly - uśmiechnęłam się i pomachałam jej lekko.
Podeszła, a raczej podpłynęła do stolika i usiadła pomiędzy dwoma wolnymi miejscami. Kiwnęła nieznacznie głową na znak, że usłyszała. Obdarzyła Abe'a taksującym spojrzeniem, po czym wlepiła wzrok w swoją tace, na której stała tylko miseczka z budyniem czekoladowym.
Nate wzdrygnął się , trudno powiedzieć czy ze strachu, czy czy obrzydzenia.
- ...nigdy nie byłem w Waszyngtonie... - dobiegł mnie strzępek czyjejś rozmowy.
- Ja też, ja też - udzieliłam odpowiedzi osobie, która nieświadomie podsunęła nam temat do rozmowy , a która nie mogła jej usłyszeć, bo znalazła się zbyt daleko.
Westchnęłam, bo Nate spojrzał na mnie znacząco.
- Bawcie się dobrze.
- Nie jedziesz? Dlaczego?
- Trzeba mieć pozwolenie od opiekuna lub ewentualnie od kierownika ośrodka. Za dobre sprawowanie oczywiście - wyręczył mnie Nate krzywiąc się lekko.
- W takim razie zostanę z tobą, nie muszę nigdzie jechać - odpowiedział Abe.
- Nie ma mowy - syknęłam spychając jego rękę z mojego ramienia. - To już prawie taka tradycja.
- Za miesiąc jedziemy jeszcze do Dallas - przypomniał. - Może wtedy...
Przerwałam mu kręcąc energicznie głową.
- Myślałeś, że nie próbowałem jej przekonać? - burknął Nate.
- Na co masz ochotę? - zagadnął biorąc do ręki czerwoną, plastikową tacę.
- Mówisz jakbym miała jakiś wybór.
- No tak - uśmiechnął się.
Kolejka przesuwała się potwornie wolno. Ktoś klepnął mnie w ramię. Nie musiałam się odwracać, żeby wiedzieć kto to.
- O, już jesteś.
- Co wy tu jadacie na kolację? To znaczy, co wy tu w ogóle jecie? - zapytał Abe z nadmierną ciekawością.
- Dziś? - wyciągnęłam szyję by lepiej zobaczyć gablotę podobną do tych, które umieszcza się w supermarketach na dziale mięsnym stojącą w drugim końcu pomieszczenia. - Gluty, albo gluty.
- Kate - mruknął Nate - chyba nie chcesz zniesmaczyć naszego nowo-przybyłego hmm... kolegi? - zwrócił się do niego - Chyba jakieś tosty, sok, dżem, nutella... to co zawsze, Na kolację no i na śniadanie zresztą też.
- Pięknie - bąknął Abe.
Położyłam na tacy pszenny tost i opakowanie masła, takie, jakie często dają w hotelach.
- Tam - wskazałam stojący dokładnie na środku stolik, bo Abe zaczynał kręcić się po pomieszczeniu zniecierpliwiony.
- Na pewno? Myślałem, że tacy jak wy siedzą raczej z boku - spojrzałam na niego z powątpiewaniem. - Znaczy, na filmach zawsze tak było - zmieszał się.
- Tacy jak my? To znaczy?
- Właściwie to nie wiem. Tacy no... - popatrzył na uciekające nam z drogi dzieciaki i wskazał je palcem - o tacy, o.
- Ah - uśmiechnęłam się szeroko zajmując miejsce koło Nate'a.
Wszyscy, chcąc nie chcąc, wpatrywali się w nas z zaciekawieniem. Prawdę mówiąc stanowiliśmy coś na wzór pary królewskiej. Choć pary, to też trochę za dużo powiedziane. Mimowolnie, jeszcze szerzej, uśmiechnęłam się do własnych myśli.
- Często pojawia się tu ktoś nowy? - zapytał Abe nieco spłoszony takim zachowaniem.
- Nie specjalnie. Większość, to tak zwani "stali bywalcy" - odpowiedziałam mając na myśli również siebie samą.
- Biedne dzieciaki.
- Czy ja wiem, większość z nich sobie na to zasłużyła.
- No a ty?
Cisza. Uniosłam głowę tylko na chwilę, by sprawdzić, czy moje przypuszczenia okazały się prawdziwe. Drzwi wejściowe lekko skrzypnęły. Bar z jedzeniem opustoszał tylko po to, by tuż po jej odejściu ponownie zostać oblężonym przez głodne dzieci.
- O, Lilly - uśmiechnęłam się i pomachałam jej lekko.
Podeszła, a raczej podpłynęła do stolika i usiadła pomiędzy dwoma wolnymi miejscami. Kiwnęła nieznacznie głową na znak, że usłyszała. Obdarzyła Abe'a taksującym spojrzeniem, po czym wlepiła wzrok w swoją tace, na której stała tylko miseczka z budyniem czekoladowym.
Nate wzdrygnął się , trudno powiedzieć czy ze strachu, czy czy obrzydzenia.
- ...nigdy nie byłem w Waszyngtonie... - dobiegł mnie strzępek czyjejś rozmowy.
- Ja też, ja też - udzieliłam odpowiedzi osobie, która nieświadomie podsunęła nam temat do rozmowy , a która nie mogła jej usłyszeć, bo znalazła się zbyt daleko.
Westchnęłam, bo Nate spojrzał na mnie znacząco.
- Bawcie się dobrze.
- Nie jedziesz? Dlaczego?
- Trzeba mieć pozwolenie od opiekuna lub ewentualnie od kierownika ośrodka. Za dobre sprawowanie oczywiście - wyręczył mnie Nate krzywiąc się lekko.
- W takim razie zostanę z tobą, nie muszę nigdzie jechać - odpowiedział Abe.
- Nie ma mowy - syknęłam spychając jego rękę z mojego ramienia. - To już prawie taka tradycja.
- Za miesiąc jedziemy jeszcze do Dallas - przypomniał. - Może wtedy...
Przerwałam mu kręcąc energicznie głową.
- Myślałeś, że nie próbowałem jej przekonać? - burknął Nate.
10.11.2011
Chapter 8 "The Explanations"
Weszłam z powrotem do środka trąc mokre włosy ręcznikiem, który po chwili rzuciłam gdzieś w kąt. Pośpiesznie wyjęłam pieniądze z kieszeni i wcisnęłam pod materac.
- Nate! - wydarłam się skacząc po jego łóżku.
Mruknął coś, ale nie usłyszałam co dokładnie, bo sprężyny skrzypiały nieznośnie.
- Nate!
- Co? - podniósł delikatnie głowę.
No właśnie, co? Czemu skaczę jak ogłupiała? Przystanęłam na chwilkę udając, że głęboko nad czymś myślę.
- Nie wiem.
Uniósł jedną brew tak wysoko, że niemal zniknęła pod ciemną czupryną. Zastanowiłam się co by się stało gdybym mu powiedziała dlaczego. Czy Abe by oberwał? Albo raczej: czy Nate próbowałby mu coś urwać? Nikt zbytnio by się nie zdziwił... W końcu byli tu różni ludzie: dzieci niechciane, osierocone, mali przestępcy, ci, którzy nie mieli równo pod sufitem i ci, w których głowie nie wszystko było poukładane. Ledwo powstrzymałam się by nie zachichotać. Tymczasem Nate rozejrzał się po pokoju.
- Gdzie Abe? Był tu przed chwilą, nie? - podrapał się po głowie.
Zmroziło mnie. Teraz albo nigdy.
Nigdy.
Po chwili przypomniałam sobie co tak właściwie powiedział. Przed chwilą? Jeden z kącików ust uniósł się nieznacznie w górę.
- No, a teraz z czego się cieszysz?
Zaśmiałam się tym razem otwarcie i rzuciłam na skrawek łóżka obok niego.
- Boję się o ciebie - szepnął.
- Tak? Dlaczego? Niekontrolowane wybuchy śmiechu i radość to choroba psychiczna? Taka jaką ma Oliver?
Teraz nawet on się uśmiechnął.
- Daj spokój, nie śmiej się z niego. Biedak mógł się zabić.
- Wiem, przepraszam.
Podciągnęłam się na rękach i pocałowałam go delikatnie w policzek.
- Rusz się, zaraz kolacja.
- A Abe?
- Raczej się nie zgubił. Na pewno nas znajdzie.
- O tak, pewnie poszedł wyrywać jakieś laski na ten swój olśniewający uśmiech.
- Nate - ostrzegłam go, choć przyszło mi to z trudem, bo gardło miałam ściśnięte.
Wstałam i pociągnęłam go za rękę by również wstał. Stanął przede mną i lekko się zachwiał.
- No a ty gdzie byłaś?
- Eee, byłam u Lilly... - nie zdążyłam dokończyć bo mi przerwał:
- U Lily? U tej małej...
- Nate - upomniałam go znowu - chyba się zapędziłeś, co? Bez zbędnych komentarzy proszę.
- Mhm - mruknął.
- A potem wzięłam prysznic - wskazałam na ociekające wodą włosy.
Przyjrzał mi się uważniej.
- I co, cały dzień go nie widziałaś?
- Właściwie - zastanowiłam się przez chwilę nad tym co mam mu powiedzieć - to widziałam go w łazience.
Przecież nie było sensu kłamać.
- Tak? - jedna brew ponownie powędrowała wysoko w górę. - A co tam robił?
- Wychodził - uśmiechnęłam się lekko.
Nate westchnął.
- Kolacja, tak? Chodźmy.
*
Krótki, wiem ;)
- Nate! - wydarłam się skacząc po jego łóżku.
Mruknął coś, ale nie usłyszałam co dokładnie, bo sprężyny skrzypiały nieznośnie.
- Nate!
- Co? - podniósł delikatnie głowę.
No właśnie, co? Czemu skaczę jak ogłupiała? Przystanęłam na chwilkę udając, że głęboko nad czymś myślę.
- Nie wiem.
Uniósł jedną brew tak wysoko, że niemal zniknęła pod ciemną czupryną. Zastanowiłam się co by się stało gdybym mu powiedziała dlaczego. Czy Abe by oberwał? Albo raczej: czy Nate próbowałby mu coś urwać? Nikt zbytnio by się nie zdziwił... W końcu byli tu różni ludzie: dzieci niechciane, osierocone, mali przestępcy, ci, którzy nie mieli równo pod sufitem i ci, w których głowie nie wszystko było poukładane. Ledwo powstrzymałam się by nie zachichotać. Tymczasem Nate rozejrzał się po pokoju.
- Gdzie Abe? Był tu przed chwilą, nie? - podrapał się po głowie.
Zmroziło mnie. Teraz albo nigdy.
Nigdy.
Po chwili przypomniałam sobie co tak właściwie powiedział. Przed chwilą? Jeden z kącików ust uniósł się nieznacznie w górę.
- No, a teraz z czego się cieszysz?
Zaśmiałam się tym razem otwarcie i rzuciłam na skrawek łóżka obok niego.
- Boję się o ciebie - szepnął.
- Tak? Dlaczego? Niekontrolowane wybuchy śmiechu i radość to choroba psychiczna? Taka jaką ma Oliver?
Teraz nawet on się uśmiechnął.
- Daj spokój, nie śmiej się z niego. Biedak mógł się zabić.
- Wiem, przepraszam.
Podciągnęłam się na rękach i pocałowałam go delikatnie w policzek.
- Rusz się, zaraz kolacja.
- A Abe?
- Raczej się nie zgubił. Na pewno nas znajdzie.
- O tak, pewnie poszedł wyrywać jakieś laski na ten swój olśniewający uśmiech.
- Nate - ostrzegłam go, choć przyszło mi to z trudem, bo gardło miałam ściśnięte.
Wstałam i pociągnęłam go za rękę by również wstał. Stanął przede mną i lekko się zachwiał.
- No a ty gdzie byłaś?
- Eee, byłam u Lilly... - nie zdążyłam dokończyć bo mi przerwał:
- U Lily? U tej małej...
- Nate - upomniałam go znowu - chyba się zapędziłeś, co? Bez zbędnych komentarzy proszę.
- Mhm - mruknął.
- A potem wzięłam prysznic - wskazałam na ociekające wodą włosy.
Przyjrzał mi się uważniej.
- I co, cały dzień go nie widziałaś?
- Właściwie - zastanowiłam się przez chwilę nad tym co mam mu powiedzieć - to widziałam go w łazience.
Przecież nie było sensu kłamać.
- Tak? - jedna brew ponownie powędrowała wysoko w górę. - A co tam robił?
- Wychodził - uśmiechnęłam się lekko.
Nate westchnął.
- Kolacja, tak? Chodźmy.
*
Krótki, wiem ;)
5.11.2011
Chapter 7 "The Heat"
Ale zaraz błysk w oku znikł i wiedziałam już, że w jakimkolwiek celu było dzisiejsze spotkanie, to sprawa jest przegrana.
- No to chyba już pójdę. Zbyt dużo ekscesów jak na jeden dzień.
Miałam tylko nadzieję, że się nie obrazi. Chociaż... jakie to miało właściwie znaczenie? Czekolada, tak! Pstryknęłam palcami wstając od stolika i podchodząc do baru.
- Gorącą czekoladę - powiedziałam patrząc na chłopca, którego wcześniej zepchnęłam z krzesła.
Nie poruszył się choćby o milimetr.
- Już! - rozkazałam.
Kwiknął przerażony i niczym spłoszony królik pognał za kontuar. Wrócił po chwili niosąc parujący, wypełniony po brzegi styropianowy kubek. Otarł spocone czoło, postawił go na blacie i bardzo ostrożnie przesunął go w moją stronę jednym palcem.
- Dziękuję - uśmiechnęłam się słodko i już miałam wyjść, kiedy:
- Dolar trzydzieści - szepnął nieśmiało.
Zmrużyłam oczy, ale posłusznie wsadziłam rękę to kieszeni przetartych, bawełnianych szortów i wyjęłam z niej gruby zwitek banknotów. Oparłam łokcie na barze i przesuwając w ręku kolejne bilony szukałam czegoś drobniejszego niż sto. Kątem oka dostrzegłam wielkie jak spodki oczy dzieciaka, który z zachwytem wpatrywał się w zielony zwitek. Widać było, że liczy: sto, dwieście, trzysta... W końcu położyłam na ladzie lekko zmiętą dziesiątkę.
- Reszta dla ciebie - szepnęłam do niego puszczając oczko.
Wyszłam na zewnątrz. Gorące, suche powietrze uderzyło mnie w twarz. Może ta czekolada to nie był taki dobry pomysł, pomyślałam drepcząc w stronę domu.
Otworzyłam drzwi, powoli zerkając do środka przez wąską szparę. Śpią. O, co za nowość. Wrzuciłam na siebie pierwsze, lepsze ciuchy, chwyciłam przewieszony przez ramę łóżka ręcznik i chyłkiem wymknęłam się z powrotem na zewnątrz.
Na posadzce w łazience wciąż znajdowała się spora warstwa wody. Choć wszystkie kabiny prysznicowe były wolne, i tak wybrałam tę na samym końcu.
Gorąca czekolada i zimny prysznic. Dokładnie to, czego potrzebowałam. Postawiłam kubek na podłodze i przymknęłam drzwi. Nie miały zamka.
Przyjemny powiew omiótł mi szyję. Odchyliłam głowę nieco do tyłu szukając potencjalnego źródła przyjemnego wietrzyku. Ale plecy natrafiły na coś zupełnie innego. Dłoń, zdecydowanie czyjaś dłoń. Nie poruszyłam się czekając na to, co nastąpi.
Koś, delikatnie, opuszkiem palca przejechał po linii kręgosłupa kierując się w dół. Niepewnie poniosłam ręce do góry, czując, jak luźna, szara bokserka zsuwa mi się z ramion. Przełknęłam ślinę, nie ze strachu, raczej z... zaciekawienia? Niemal słyszałam płynącą w żyłach krew i serce, które biło tak szybko, że bałam się czy nie dostanę zawału. Ale tylko przez chwilę, bo ktoś energicznym ruchem chwycił mnie za nadgarstek, obrócił wokół własnej osi i pchnął na przeciwległą ścianę. Ledwo udało mi się utrzymać równowagę, byłam tak zadyszana, że dopiero po chwili udało mi się coś wykrztusić.
- Nigdy więcej tak nie rób - zagroziłam mu wymachując palcem w ostrzegawczym geście.
Uśmiechnął się zdawkowo. Nie zdążyłam nic dodać, bo - jak na mój gust zbyt gwałtownie przycisnął swoje usta do moich, przygważdżając mnie do ściany. Z początku nie stawiałam zbyt dużego oporu, ale po chwili delikatnie odepchnęłam go od siebie.
- Abe - zaczęłam tonem matki, która tłumaczy dziecku, że głaskanie kota pod włos nie jest najlepszym pomysłem.
Mina zbitego psa... powinnam to przewidzieć.
- Abe, nie bierz mnie na litość - powiedziałam, i niemal od razu roześmiałam się, bo uświadomiłam sobie jak dosłownie to zabrzmiało.
Boże, dlaczego zawsze jest mi ich tak strasznie żal? Stał nieco rozczarowany, więc zdziwił się, kiedy oplotłam go w pasie jedną nogą. Mokre od lodowatej wody spodenki lepiły się do nóg, a włosy do pleców.
- Ale Kay...- zaczął.
- A kogo to obchodzi - uśmiechnęłam się szyderczo.
Patrzył się na mnie najwyraźniej bardzo zaintrygowany.
- Ale...
- Och, zamknij się... - szepnęłam i pocałowałam go raz jeszcze.
Przerwał tylko na chwilę, by uśmiechnąć się do mnie szeroko. A potem chwycił mnie mocniej w talii i przyciągnął bliżej siebie. Nie słyszałam już kroków na mokrej posadzce, kogoś biorącego prysznic w kabinie obok ani kapiącej nerwowo wody.
Nic, zupełnie nic.
- No to chyba już pójdę. Zbyt dużo ekscesów jak na jeden dzień.
Miałam tylko nadzieję, że się nie obrazi. Chociaż... jakie to miało właściwie znaczenie? Czekolada, tak! Pstryknęłam palcami wstając od stolika i podchodząc do baru.
- Gorącą czekoladę - powiedziałam patrząc na chłopca, którego wcześniej zepchnęłam z krzesła.
Nie poruszył się choćby o milimetr.
- Już! - rozkazałam.
Kwiknął przerażony i niczym spłoszony królik pognał za kontuar. Wrócił po chwili niosąc parujący, wypełniony po brzegi styropianowy kubek. Otarł spocone czoło, postawił go na blacie i bardzo ostrożnie przesunął go w moją stronę jednym palcem.
- Dziękuję - uśmiechnęłam się słodko i już miałam wyjść, kiedy:
- Dolar trzydzieści - szepnął nieśmiało.
Zmrużyłam oczy, ale posłusznie wsadziłam rękę to kieszeni przetartych, bawełnianych szortów i wyjęłam z niej gruby zwitek banknotów. Oparłam łokcie na barze i przesuwając w ręku kolejne bilony szukałam czegoś drobniejszego niż sto. Kątem oka dostrzegłam wielkie jak spodki oczy dzieciaka, który z zachwytem wpatrywał się w zielony zwitek. Widać było, że liczy: sto, dwieście, trzysta... W końcu położyłam na ladzie lekko zmiętą dziesiątkę.
- Reszta dla ciebie - szepnęłam do niego puszczając oczko.
Wyszłam na zewnątrz. Gorące, suche powietrze uderzyło mnie w twarz. Może ta czekolada to nie był taki dobry pomysł, pomyślałam drepcząc w stronę domu.
Otworzyłam drzwi, powoli zerkając do środka przez wąską szparę. Śpią. O, co za nowość. Wrzuciłam na siebie pierwsze, lepsze ciuchy, chwyciłam przewieszony przez ramę łóżka ręcznik i chyłkiem wymknęłam się z powrotem na zewnątrz.
Na posadzce w łazience wciąż znajdowała się spora warstwa wody. Choć wszystkie kabiny prysznicowe były wolne, i tak wybrałam tę na samym końcu.
Gorąca czekolada i zimny prysznic. Dokładnie to, czego potrzebowałam. Postawiłam kubek na podłodze i przymknęłam drzwi. Nie miały zamka.
Przyjemny powiew omiótł mi szyję. Odchyliłam głowę nieco do tyłu szukając potencjalnego źródła przyjemnego wietrzyku. Ale plecy natrafiły na coś zupełnie innego. Dłoń, zdecydowanie czyjaś dłoń. Nie poruszyłam się czekając na to, co nastąpi.
Koś, delikatnie, opuszkiem palca przejechał po linii kręgosłupa kierując się w dół. Niepewnie poniosłam ręce do góry, czując, jak luźna, szara bokserka zsuwa mi się z ramion. Przełknęłam ślinę, nie ze strachu, raczej z... zaciekawienia? Niemal słyszałam płynącą w żyłach krew i serce, które biło tak szybko, że bałam się czy nie dostanę zawału. Ale tylko przez chwilę, bo ktoś energicznym ruchem chwycił mnie za nadgarstek, obrócił wokół własnej osi i pchnął na przeciwległą ścianę. Ledwo udało mi się utrzymać równowagę, byłam tak zadyszana, że dopiero po chwili udało mi się coś wykrztusić.
- Nigdy więcej tak nie rób - zagroziłam mu wymachując palcem w ostrzegawczym geście.
Uśmiechnął się zdawkowo. Nie zdążyłam nic dodać, bo - jak na mój gust zbyt gwałtownie przycisnął swoje usta do moich, przygważdżając mnie do ściany. Z początku nie stawiałam zbyt dużego oporu, ale po chwili delikatnie odepchnęłam go od siebie.
- Abe - zaczęłam tonem matki, która tłumaczy dziecku, że głaskanie kota pod włos nie jest najlepszym pomysłem.
Mina zbitego psa... powinnam to przewidzieć.
- Abe, nie bierz mnie na litość - powiedziałam, i niemal od razu roześmiałam się, bo uświadomiłam sobie jak dosłownie to zabrzmiało.
Boże, dlaczego zawsze jest mi ich tak strasznie żal? Stał nieco rozczarowany, więc zdziwił się, kiedy oplotłam go w pasie jedną nogą. Mokre od lodowatej wody spodenki lepiły się do nóg, a włosy do pleców.
- Ale Kay...- zaczął.
- A kogo to obchodzi - uśmiechnęłam się szyderczo.
Patrzył się na mnie najwyraźniej bardzo zaintrygowany.
- Ale...
- Och, zamknij się... - szepnęłam i pocałowałam go raz jeszcze.
Przerwał tylko na chwilę, by uśmiechnąć się do mnie szeroko. A potem chwycił mnie mocniej w talii i przyciągnął bliżej siebie. Nie słyszałam już kroków na mokrej posadzce, kogoś biorącego prysznic w kabinie obok ani kapiącej nerwowo wody.
Nic, zupełnie nic.
31.10.2011
Chapter 6 "The Wisdom"
Poczułam, że odnalazłabym ją wzrokiem nawet gdyby w pomieszczeniu zgaszono wszystkie światła. Lilly była pierwszą osobą, którą poznałam po przyjeździe. Dokładnie pamiętam co sobie wtedy pomyślałam.
Księżniczka. Moje własne, moje osobiste wyobrażenie księżniczki. Coś jak połączenie Śpiącej królewny i królewny Śnieżki.
Niewysoka, ale szczupła i zgrabna. Długie i proste, sięgające pasa włosy, koloru, który nie miał swojego odpowiednika w żadnej z nazw. To nie był blond. Kolor przywodził na myśl płynne złoto, gdy kaskadą opadały na jej plecy i ramiona, lśniąc w słońcu jak poprzetykana złotymi nitkami jedwabna chusta. Powiewały lekko, jak na wietrze, choć powietrze wokół niej było nieruchome. To one sprawiały, że już z tak daleka była dla mnie doskonale widoczna.
Oczy. Nie niebieskie, szafirowe. Duże, jarzące się nawet w ciemności, jak oczy kota. Zaskakujące ilością odcieni błękitu i granatu, niczym oszlifowany kamień z tysiącem fasetek; otoczone wachlarzem czarnych rzęs.
Zaróżowione z podniecenia policzki, wykrzywione w promiennym uśmiechu usta.
To takie głupie stwierdzenie, ale zawsze uważałam, że jest w niej coś szlachetnego. Coś poza włosami koloru złota i szafirowymi oczami. Coś, przy czym pozostałe królewny wydawałyby się zwykłymi... szlachciankami? Może bijące od niej ciepło, spokój, a może godnie, wysoko uniesiona głowa i wyprostowana sylwetka? Coś, co sprawiało, że nawet bez zakładania srebrnego diademu, każdy wiedziałby doskonale, kim jest. Ze smutkiem przyznałam, że była po prostu piękna.
Przypominała porcelanową lalkę.
Na tle białej, alabastrowej skóry, na nadgarstkach i na szyi doskonale widoczne były wąskie, niebieski linie. Lalka. Lalka z białej porcelany z dużymi, niebieskimi oczyma i burzą gęstych, puszystych włosów; w zwiewnej, czerwonej sukience.
Od momentu naszego poznania minęło dużo czasu i choć bardzo się zmieniła, w moich oczach zawsze pozostanie tą samą, roześmianą 10-latką.
Siedziała tam. Z rezygnacją oparta o metalowe oparcie krzesła z rozłożoną na podołku szachownicą.
Zrzuciłam siedzącego na krześle przed nią wyrostka i usiadłam.
- Lilly.
Księżniczka. Moje własne, moje osobiste wyobrażenie księżniczki. Coś jak połączenie Śpiącej królewny i królewny Śnieżki.
Niewysoka, ale szczupła i zgrabna. Długie i proste, sięgające pasa włosy, koloru, który nie miał swojego odpowiednika w żadnej z nazw. To nie był blond. Kolor przywodził na myśl płynne złoto, gdy kaskadą opadały na jej plecy i ramiona, lśniąc w słońcu jak poprzetykana złotymi nitkami jedwabna chusta. Powiewały lekko, jak na wietrze, choć powietrze wokół niej było nieruchome. To one sprawiały, że już z tak daleka była dla mnie doskonale widoczna.
Oczy. Nie niebieskie, szafirowe. Duże, jarzące się nawet w ciemności, jak oczy kota. Zaskakujące ilością odcieni błękitu i granatu, niczym oszlifowany kamień z tysiącem fasetek; otoczone wachlarzem czarnych rzęs.
Zaróżowione z podniecenia policzki, wykrzywione w promiennym uśmiechu usta.
To takie głupie stwierdzenie, ale zawsze uważałam, że jest w niej coś szlachetnego. Coś poza włosami koloru złota i szafirowymi oczami. Coś, przy czym pozostałe królewny wydawałyby się zwykłymi... szlachciankami? Może bijące od niej ciepło, spokój, a może godnie, wysoko uniesiona głowa i wyprostowana sylwetka? Coś, co sprawiało, że nawet bez zakładania srebrnego diademu, każdy wiedziałby doskonale, kim jest. Ze smutkiem przyznałam, że była po prostu piękna.
Przypominała porcelanową lalkę.
Na tle białej, alabastrowej skóry, na nadgarstkach i na szyi doskonale widoczne były wąskie, niebieski linie. Lalka. Lalka z białej porcelany z dużymi, niebieskimi oczyma i burzą gęstych, puszystych włosów; w zwiewnej, czerwonej sukience.
Od momentu naszego poznania minęło dużo czasu i choć bardzo się zmieniła, w moich oczach zawsze pozostanie tą samą, roześmianą 10-latką.
Siedziała tam. Z rezygnacją oparta o metalowe oparcie krzesła z rozłożoną na podołku szachownicą.
Zrzuciłam siedzącego na krześle przed nią wyrostka i usiadłam.
- Lilly.
***
"Oczy są zwierciadłem duszy" - przypomniałam sobie od razu, gdy jej oczy, w odróżnieniu do ust, które wyglądały jakby zdrętwiały zupełnie bez wyrazu, uśmiechnęły się na mój widok. Chłopiec wstał z ziemi bełkocząc coś, w czym można było rozróżnić powtarzane kilka razy słowo "wariatka"...
- Grasz? - spytałam wskazując na pustą szachownicę i wiedząc, że i tak nie otrzymam żadnej słownej odpowiedzi. Mrugnęła. Zaczęła ustawiać figury, więc miałam chwilę na przypatrzenie się jej. Nie zmieniła się bardzo. Zmieniła się diametralnie. Długie do pasa włosy, które nie tak dawno zamieniła na krótką, chłopięcą fryzurkę odrosły na tyle, by sięgać jej nieco za ramiona. Choć minę miała zaciętą, jej oczy nadal nie utraciły dawnego blasku. Ciepło zniknęło zastąpione chłodem.
Nic nie powiedziała, ale ustawiła wszystkie figury i siedziała wyczekująco.
Zrobiło mi się głupio, bo choć nie podniosła wzroku by sprawdzić moją reakcję, widać było, że wie, że patrzę na nią jak urzeczona. Szybko przeniosłam wzrok na szachownicę.
Uwielbiałam na nią patrzeć. Mogłam gapić się na nią godzinami bez wyraźnego celu, nawet teraz, gdy już właściwie niczym nie przypominała dawnej Lilly.
Znowu się zagapiłam.
Skinęła głową w stronę pionów.
Uśmiechnęłam się. Miło było zobaczyć, że jakkolwiek co prawda, reaguje na to, co się wokół niej dzieje. Zwykle nie dawała najmniejszych oznak życia. Nie patrząc nawet na szachownicę przesunęłam jednym palcem pierwszy z brzegu pion.
Spojrzała na mnie znacząco.
- Widzisz... chodzi o to, że chyba mam tego dość.
Znowu znaczące spojrzenie.
- Czego? Wiesz, tyle lat mnie nie odwiedzała, a teraz nagle sobie o mnie przypomniała. Trochę to dla mnie podejrzane.
- ...
- Tak, babcia. Co ona sobie w ogóle wyobraża?
Nie, nie zrobiła nic takiego. To, co ostatnio.
Dała kasę i pojechała.
Uniosła brodę nieco do góry - nieme "aha".
- Durna barbie.
Nie, nie przesadzam. Chciałam z nią pogadać.
Nie, nie chciała, więc... tak, padło na ciebie.
Mały błysk w jej oku ucieszył mnie niemiłosiernie. Odwzajemniłam ten niewielki gest szerokim uśmiechem.
- Grasz? - spytałam wskazując na pustą szachownicę i wiedząc, że i tak nie otrzymam żadnej słownej odpowiedzi. Mrugnęła. Zaczęła ustawiać figury, więc miałam chwilę na przypatrzenie się jej. Nie zmieniła się bardzo. Zmieniła się diametralnie. Długie do pasa włosy, które nie tak dawno zamieniła na krótką, chłopięcą fryzurkę odrosły na tyle, by sięgać jej nieco za ramiona. Choć minę miała zaciętą, jej oczy nadal nie utraciły dawnego blasku. Ciepło zniknęło zastąpione chłodem.
Nic nie powiedziała, ale ustawiła wszystkie figury i siedziała wyczekująco.
Zrobiło mi się głupio, bo choć nie podniosła wzroku by sprawdzić moją reakcję, widać było, że wie, że patrzę na nią jak urzeczona. Szybko przeniosłam wzrok na szachownicę.
Uwielbiałam na nią patrzeć. Mogłam gapić się na nią godzinami bez wyraźnego celu, nawet teraz, gdy już właściwie niczym nie przypominała dawnej Lilly.
Znowu się zagapiłam.
Skinęła głową w stronę pionów.
Uśmiechnęłam się. Miło było zobaczyć, że jakkolwiek co prawda, reaguje na to, co się wokół niej dzieje. Zwykle nie dawała najmniejszych oznak życia. Nie patrząc nawet na szachownicę przesunęłam jednym palcem pierwszy z brzegu pion.
Spojrzała na mnie znacząco.
- Widzisz... chodzi o to, że chyba mam tego dość.
Znowu znaczące spojrzenie.
- Czego? Wiesz, tyle lat mnie nie odwiedzała, a teraz nagle sobie o mnie przypomniała. Trochę to dla mnie podejrzane.
- ...
- Tak, babcia. Co ona sobie w ogóle wyobraża?
Nie, nie zrobiła nic takiego. To, co ostatnio.
Dała kasę i pojechała.
Uniosła brodę nieco do góry - nieme "aha".
- Durna barbie.
Nie, nie przesadzam. Chciałam z nią pogadać.
Nie, nie chciała, więc... tak, padło na ciebie.
Mały błysk w jej oku ucieszył mnie niemiłosiernie. Odwzajemniłam ten niewielki gest szerokim uśmiechem.
29.10.2011
Chapter 5 "The Relations"
- Drogie dzieci, jak wy wyglądacie! - krzyknęła jedna z opiekunek. - Dostaliście ubrania?
- Tak, ale... - nawet nie dała mi dokończyć.
- Marsz z powrotem do pokoju! I proszę się przebrać, natychmiast!
- Chodźcie - mruknęłam do chłopaków i ociągając się ruszyłam w stronę domku.
Po chwili byliśmy już z powrotem na placu, tym razem odpowiednio ubrani.
- O już jesteście - wrzasnęła na nasz widok - jak wam się podobają nasze nowe mundurki?
- To te nowe mundurki? - prychnęłam - Myślałam, że to jakiś żart.
- Ależ nie. Przecież są bardzo ładne.
Stałam wciąż nieruchomo mnąc w ręku obrzydliwie zieloną bluzkę i z niechęcią spoglądając na granatową spódniczkę w kratkę.
- Taak, a kiedy będą? Mogę już iść? - dobrze wiedziałam, że nie mam na kogo czekać.
Nie minęła sekunda a kobieta wydarła się po raz kolejny:
- Już jadą, zobaczcie!
Westchnęłam, usiadłam na piasku tyłem do bramy wjazdowej. Chwilę później usłyszałam piskliwy głosik wykrzykujący moje imię.
Wszystkie włosy na głowie stanęły mi dęba. Odwróciłam się powolutku, a moje najgorsze obawy okazały się prawdziwe.
W moją stronę, po grząskim, żółtym piasku biegła w niebezpiecznie wysokich szpilkach, przesadnie wystrojona, starsza kobieta.
- Babciu - powiedziałam wstając i siląc się na szeroki śmiech.
- Oh, Katie, skarbie, co ci się stało? - pisnęła znowu, próbując wytrzepać piasek z moich długich ciemnych loków i ściskając mnie tak mocno, że bałam się, że połamie mi żebra.
Powoli odsunęłam się od niej omiatając ją zaciekawionym spojrzeniem.
Wyglądała jak zawsze. Ubrana była w stanowczo zbyt krótką, jak na swój wiek, zwiewną, niebieską jak kwiaty barwinka sukienkę, na głowie miała słomiany kapelusz ozdobiony całą masą sztucznych kwiatów. Na jej rękach połyskiwał i pobrzękiwał z tuzin złotych i srebrnych bransoletek. Fryzurę też miała taką samą jak cztery lata temu, gdy ją po raz ostatni widziałam.
- Babciu, nie zabierzesz mnie stąd prawda? - zapytałam w końcu ze smutkiem, ale i z nadzieją w głosie.
- Nie, nie kochanie. Przecież to niedorzeczne - zaśmiała się. - Właściwie to muszę już jechać - powiedziała szybko zerkając najpierw na zegarek a potem na stojące za bramą bladoróżowe BMW, bardzo w stylu Barbie. - Przywiozłam ci trochę kieszonkowego, bo nie wiem, kiedy się znowu zobaczymy. Nie martw się - dodała jeszcze widząc moją minę - będzie dobrze.
Wcisnęła mi do ręki stosik studolarówek i odbiegła w stronę samochodu ciągle mi machając.
Nie poruszyłam się. Nie uśmiechałam się, ale też nie było mi smutno.
Trochę zrezygnowana odwróciłam się i zaczęłam iść w stronę domku. Zobaczyłam Abe'a, stał oparty o drzwi i patrzył się na mnie dziwnie, jakby ze współczuciem.
- Wiesz, u mnie jest tak samo - szepnął.
- Tak, ale... - nawet nie dała mi dokończyć.
- Marsz z powrotem do pokoju! I proszę się przebrać, natychmiast!
- Chodźcie - mruknęłam do chłopaków i ociągając się ruszyłam w stronę domku.
Po chwili byliśmy już z powrotem na placu, tym razem odpowiednio ubrani.
- O już jesteście - wrzasnęła na nasz widok - jak wam się podobają nasze nowe mundurki?
- To te nowe mundurki? - prychnęłam - Myślałam, że to jakiś żart.
- Ależ nie. Przecież są bardzo ładne.
Stałam wciąż nieruchomo mnąc w ręku obrzydliwie zieloną bluzkę i z niechęcią spoglądając na granatową spódniczkę w kratkę.
- Taak, a kiedy będą? Mogę już iść? - dobrze wiedziałam, że nie mam na kogo czekać.
Nie minęła sekunda a kobieta wydarła się po raz kolejny:
- Już jadą, zobaczcie!
Westchnęłam, usiadłam na piasku tyłem do bramy wjazdowej. Chwilę później usłyszałam piskliwy głosik wykrzykujący moje imię.
Wszystkie włosy na głowie stanęły mi dęba. Odwróciłam się powolutku, a moje najgorsze obawy okazały się prawdziwe.
W moją stronę, po grząskim, żółtym piasku biegła w niebezpiecznie wysokich szpilkach, przesadnie wystrojona, starsza kobieta.
- Babciu - powiedziałam wstając i siląc się na szeroki śmiech.
- Oh, Katie, skarbie, co ci się stało? - pisnęła znowu, próbując wytrzepać piasek z moich długich ciemnych loków i ściskając mnie tak mocno, że bałam się, że połamie mi żebra.
Powoli odsunęłam się od niej omiatając ją zaciekawionym spojrzeniem.
Wyglądała jak zawsze. Ubrana była w stanowczo zbyt krótką, jak na swój wiek, zwiewną, niebieską jak kwiaty barwinka sukienkę, na głowie miała słomiany kapelusz ozdobiony całą masą sztucznych kwiatów. Na jej rękach połyskiwał i pobrzękiwał z tuzin złotych i srebrnych bransoletek. Fryzurę też miała taką samą jak cztery lata temu, gdy ją po raz ostatni widziałam.
- Babciu, nie zabierzesz mnie stąd prawda? - zapytałam w końcu ze smutkiem, ale i z nadzieją w głosie.
- Nie, nie kochanie. Przecież to niedorzeczne - zaśmiała się. - Właściwie to muszę już jechać - powiedziała szybko zerkając najpierw na zegarek a potem na stojące za bramą bladoróżowe BMW, bardzo w stylu Barbie. - Przywiozłam ci trochę kieszonkowego, bo nie wiem, kiedy się znowu zobaczymy. Nie martw się - dodała jeszcze widząc moją minę - będzie dobrze.
Wcisnęła mi do ręki stosik studolarówek i odbiegła w stronę samochodu ciągle mi machając.
Nie poruszyłam się. Nie uśmiechałam się, ale też nie było mi smutno.
Trochę zrezygnowana odwróciłam się i zaczęłam iść w stronę domku. Zobaczyłam Abe'a, stał oparty o drzwi i patrzył się na mnie dziwnie, jakby ze współczuciem.
- Wiesz, u mnie jest tak samo - szepnął.
***
- Jak to?
- No tak. Widzisz, niby oboje mamy rodzinę, ale oni mają w planach o wiele ciekawsze rzeczy niż niańczenie nas.
- Ah, tak.
- Nie martw się.
- Mhm...
- Kate, trochę entuzjazmu - zachęcił. - Wiesz, ona wyglądała na bardzo sympatyczną kobietę - uśmiechnął się ironicznie.
- Nie wiem, może...
- Hej, Co to za smutna mina? Co to niby znaczy?
- Bo w sumie, to... Tak właściwie... No, ja jej przecież nie znam. Widziałam ją dwa, no może trzy razy - poczułam, że robi mi się słabo.
W tej chwili chciałam pobyć sama, w spokoju przetrawić całą sytuację.
Albo nie, nie chciałam być sama. Chciałam porozmawiać z kimś, kto dobrze wiedziałby o co mi chodzi, ale nie zadawałby zbędnych pytań. Tylko, czy wtedy można by to nazwać rozmową?
- Muszę... - głos załamał mi się nagle.
- Co? Wiesz, chyba będzie lepiej, jeśli położysz się spać.
- Nie, nie - gwałtownie pokręciłam głową. - Chcę... muszę... pójdę. Gdzieś - niezgrabnie wskazałam ręką przestrzeń za moimi plecami.
- Gdzie? - zapytał z niepokojem.
Ha! Dobre pytanie, pomyślałam.
- Do świetlicy, albo gdzieś? - to nie było stwierdzenie.
- Dobrze, tylko błagam, nie zrób sobie krzywdy.
Widocznie już zauważył, że jeżeli będę miała ochotę gdzieś pójść, to tam pójdę, nawet, gdyby za wszelką cenę starał się mnie powstrzymać.
- Kate! Słyszysz mnie? - zawołał, bo zaczęłam się oddalać ciągnąc stopami po ziemi.
- Mhm - burknęłam upychając szeleszczące, zielone papierki do kieszeni kraciastej spódniczki.
Świetlica była niewielkim, jednopiętrowym budyneczkiem wymurowanym bezpośrednio przy budynku szkolnym. Wyglądając bardzo niepozornie, mieściła kilka stołów bilardowych, do ping-ponga, kawiarnię z mnóstwem dwuosobowych stolików i masę tarcz do gry w darta zawieszonych na brudnozielonych ścianach.
Stanęłam w drzwiach, rozglądając się po pomieszczeniu pustym wzrokiem, w poszukiwaniu osoby, z którą dałoby się "normalnie porozmawiać". Utkwił w stoliku w najodleglejszym kącie świetlicy.
Lilly.
- No tak. Widzisz, niby oboje mamy rodzinę, ale oni mają w planach o wiele ciekawsze rzeczy niż niańczenie nas.
- Ah, tak.
- Nie martw się.
- Mhm...
- Kate, trochę entuzjazmu - zachęcił. - Wiesz, ona wyglądała na bardzo sympatyczną kobietę - uśmiechnął się ironicznie.
- Nie wiem, może...
- Hej, Co to za smutna mina? Co to niby znaczy?
- Bo w sumie, to... Tak właściwie... No, ja jej przecież nie znam. Widziałam ją dwa, no może trzy razy - poczułam, że robi mi się słabo.
W tej chwili chciałam pobyć sama, w spokoju przetrawić całą sytuację.
Albo nie, nie chciałam być sama. Chciałam porozmawiać z kimś, kto dobrze wiedziałby o co mi chodzi, ale nie zadawałby zbędnych pytań. Tylko, czy wtedy można by to nazwać rozmową?
- Muszę... - głos załamał mi się nagle.
- Co? Wiesz, chyba będzie lepiej, jeśli położysz się spać.
- Nie, nie - gwałtownie pokręciłam głową. - Chcę... muszę... pójdę. Gdzieś - niezgrabnie wskazałam ręką przestrzeń za moimi plecami.
- Gdzie? - zapytał z niepokojem.
Ha! Dobre pytanie, pomyślałam.
- Do świetlicy, albo gdzieś? - to nie było stwierdzenie.
- Dobrze, tylko błagam, nie zrób sobie krzywdy.
Widocznie już zauważył, że jeżeli będę miała ochotę gdzieś pójść, to tam pójdę, nawet, gdyby za wszelką cenę starał się mnie powstrzymać.
- Kate! Słyszysz mnie? - zawołał, bo zaczęłam się oddalać ciągnąc stopami po ziemi.
- Mhm - burknęłam upychając szeleszczące, zielone papierki do kieszeni kraciastej spódniczki.
Świetlica była niewielkim, jednopiętrowym budyneczkiem wymurowanym bezpośrednio przy budynku szkolnym. Wyglądając bardzo niepozornie, mieściła kilka stołów bilardowych, do ping-ponga, kawiarnię z mnóstwem dwuosobowych stolików i masę tarcz do gry w darta zawieszonych na brudnozielonych ścianach.
Stanęłam w drzwiach, rozglądając się po pomieszczeniu pustym wzrokiem, w poszukiwaniu osoby, z którą dałoby się "normalnie porozmawiać". Utkwił w stoliku w najodleglejszym kącie świetlicy.
Lilly.
24.10.2011
Chapter 4 "The Revelations"
Tym razem obudziło mnie głuche walenie w drzwi.
Było mi bardzo niewygodnie, nadal spałam w tej samej pozycji, w której zasnęłam poprzedniego dnia. Plecami oparta byłam o ścianę, nogi miałam podkurczone, głowę trzymałam opartą na kolanach. Po wczorajszych "rewelacjach" wciąż bolały mnie oczy.
Mruknęłam cicho wstając z łóżka. Byłam bardzo głodna i zmęczona.
Obaj jeszcze spali, więc chwyciłam za stojący na kredensie słoik z dżemem.
- Mmmm, pycha - oblizałam palec, który uprzednio umoczyłem w lepkiej, obrzydliwie słodkiej mazi.
Podeszłam do śpiącego Nate'a.
- Oo, to takie urocze - szepnęłam ponownie maczając palec w dżemie i robiąc na jego czole wielką czerwoną kropkę. - O tak to jest to.
Uśmiechnęłam się z zachwytem odstawiając słoik na nocną szafkę i otwierając drzwi. Nie spojrzałam nawet czy ktoś za nimi stoi, tylko przymknęłam oczy grzejąc twarz w porannym słońcu. Jeden krok do przodu, jedno potężne łupnięcie i już leżałam na ziemi.
Podniosłam głowę by zobaczyć, co spowodowało upadek. Na progu stała niewielka paczuszka. Już wiedziałam, o co chodzi. Po chwili w drzwiach stanął przerażony i zdyszany Nate.
- Dziecko, do cholery, co ty robisz?
- Leżę. Dzień odwiedzin... - zmroziła mnie sama myśl, samo wspomnienie o tego dnia. Dopiero do mnie dotarło, co się tak właściwie dzieje. - Dzień odwiedzin - powtórzyłam pustym głosem, jednocześnie wytrzeszczając oczy - no tak.
Poczułam jak coś więźnie mi w gardle.
Spojrzałam na niego z powagą, też nie wyglądał na zachwyconego tą wiadomością. Zerknęłam na jego czoło, humor mi się poprawił, uśmiechnięta od ucha do ucha roześmiałam się histerycznie chowając twarz w ciepłym piasku. "Moje dzieło - pomyślałam - moje dzieło"
- Co cię tak śmieszy?
- Nic, nic. Masz coś na czole.
- O tak, oczywiście, bardzo dobry żart.
Nie wierzył mi. Trudno. Wciąż leżałam na ziemi.
- Abe, zaraz zbiórka - krzyknął, a do mnie zwrócił się - wstaniesz wreszcie?
- Nie mam najmniejszej ochoty.
- Dobrze - odpowiedział chwytając mnie za nadgarstek i ciągnąc po piasku jak szmacianą lalkę.
Byłoby to bardzo przyjemne, gdyby nie fakt, że ocierający się o mnie piasek powodował, że skóra robiła się coraz bardziej czerwona i piekąca.
- Nate.
- Tak? - odpowiedział przystając na chwilę - wstaniesz już?
- Eee, nie. Chciałam cię tylko poprosić żebyś ciągnął trochę wolniej...
Prychnął. Zaśmiałam się głośno, zbyt gwałtownie robiąc wdech. Ogromna porcja żółtego piasku, rodem z piaskownicy była teraz w moich ustach i nosie, nie wyłączając oczu. Charcząc, prychając i plując zerwałam się na równe nogi.
- No i to jest śmieszne - usłyszałam za sobą głos Abe'a.
- Nie, nie prawda - odpowiedziałam machając rękami na wszystkie strony niczym wiatrak - pomógłbyś mi.
Po jego minie było jednak widać, że nie bardzo wie za co ma się zabrać.
- Świetnie - warknęłam chwytając Nate'a za kołnierz i ciągnąc z całej siły w stronę placu, na którym zebrała się już większość obozowiczów.
Było mi bardzo niewygodnie, nadal spałam w tej samej pozycji, w której zasnęłam poprzedniego dnia. Plecami oparta byłam o ścianę, nogi miałam podkurczone, głowę trzymałam opartą na kolanach. Po wczorajszych "rewelacjach" wciąż bolały mnie oczy.
Mruknęłam cicho wstając z łóżka. Byłam bardzo głodna i zmęczona.
Obaj jeszcze spali, więc chwyciłam za stojący na kredensie słoik z dżemem.
- Mmmm, pycha - oblizałam palec, który uprzednio umoczyłem w lepkiej, obrzydliwie słodkiej mazi.
Podeszłam do śpiącego Nate'a.
- Oo, to takie urocze - szepnęłam ponownie maczając palec w dżemie i robiąc na jego czole wielką czerwoną kropkę. - O tak to jest to.
Uśmiechnęłam się z zachwytem odstawiając słoik na nocną szafkę i otwierając drzwi. Nie spojrzałam nawet czy ktoś za nimi stoi, tylko przymknęłam oczy grzejąc twarz w porannym słońcu. Jeden krok do przodu, jedno potężne łupnięcie i już leżałam na ziemi.
Podniosłam głowę by zobaczyć, co spowodowało upadek. Na progu stała niewielka paczuszka. Już wiedziałam, o co chodzi. Po chwili w drzwiach stanął przerażony i zdyszany Nate.
- Dziecko, do cholery, co ty robisz?
- Leżę. Dzień odwiedzin... - zmroziła mnie sama myśl, samo wspomnienie o tego dnia. Dopiero do mnie dotarło, co się tak właściwie dzieje. - Dzień odwiedzin - powtórzyłam pustym głosem, jednocześnie wytrzeszczając oczy - no tak.
Poczułam jak coś więźnie mi w gardle.
Spojrzałam na niego z powagą, też nie wyglądał na zachwyconego tą wiadomością. Zerknęłam na jego czoło, humor mi się poprawił, uśmiechnięta od ucha do ucha roześmiałam się histerycznie chowając twarz w ciepłym piasku. "Moje dzieło - pomyślałam - moje dzieło"
- Co cię tak śmieszy?
- Nic, nic. Masz coś na czole.
- O tak, oczywiście, bardzo dobry żart.
Nie wierzył mi. Trudno. Wciąż leżałam na ziemi.
- Abe, zaraz zbiórka - krzyknął, a do mnie zwrócił się - wstaniesz wreszcie?
- Nie mam najmniejszej ochoty.
- Dobrze - odpowiedział chwytając mnie za nadgarstek i ciągnąc po piasku jak szmacianą lalkę.
Byłoby to bardzo przyjemne, gdyby nie fakt, że ocierający się o mnie piasek powodował, że skóra robiła się coraz bardziej czerwona i piekąca.
- Nate.
- Tak? - odpowiedział przystając na chwilę - wstaniesz już?
- Eee, nie. Chciałam cię tylko poprosić żebyś ciągnął trochę wolniej...
Prychnął. Zaśmiałam się głośno, zbyt gwałtownie robiąc wdech. Ogromna porcja żółtego piasku, rodem z piaskownicy była teraz w moich ustach i nosie, nie wyłączając oczu. Charcząc, prychając i plując zerwałam się na równe nogi.
- No i to jest śmieszne - usłyszałam za sobą głos Abe'a.
- Nie, nie prawda - odpowiedziałam machając rękami na wszystkie strony niczym wiatrak - pomógłbyś mi.
Po jego minie było jednak widać, że nie bardzo wie za co ma się zabrać.
- Świetnie - warknęłam chwytając Nate'a za kołnierz i ciągnąc z całej siły w stronę placu, na którym zebrała się już większość obozowiczów.
19.10.2011
Chapter 3 "The Memories"
Podeszłam do okna. Trudno było cokolwiek przez nie zobaczyć. Było stare, ze zmatowiałą, zbrojoną i bardzo brudną szybą, jego rama pokryta łuszczącą się białą farbą była dodatkowo wzmocniona żelazną kratą. Przetarłam szybę leżącym na podłodze prześcieradłem, nie dało to żadnego efektu, westchnęłam.
- Zgłodniałam - zwróciłam się do chłopaków.
- Nie marudź, zaraz jest śniadanie - odpowiedział Nate.
- Poprawka, już było.
- Świetnie - syknął, wciskając twarz w poduszkę - obiad jest dopiero za sześć godzin.
- W takim razie pójdę po coś do sklepu. Spróbuj się zdrzemnąć - spojrzałam na niego z troską - zaraz wracam.
Wrzuciłam na siebie pierwszy lepszy ciuch i pędem wybiegłam z domku. Z kieszeni wyjęłam maleńki kluczyk, wsadziłam go do zamka gigantycznej żelaznej bramy, która dzieliła obozowiczów od reszty świata. Delikatnie go przekręciłam i z całej siły pchnęłam jedno ze skrzydeł bramy. Jak najprędzej wyślizgnęłam się na zewnątrz. Nikt nie powinien wiedzieć, że wychodzę.
Pędem puściłam się w stronę sklepu. Nie lubiłam chodzić tam samotnie, było to dobre parę kilometrów drogi. Po pewnym czasie zza horyzontu wyłonił się czerwony dach stacji benzynowej i sklepik pana Browna.
- Dzień dobry, kochanieńka - powiedział pan Brown wstając z pasiastego leżaka rozłożonego na słońcu i kierując się w stronę sklepu.
- Dzień dobry - odpowiedziałam obdarzając staruszka szerokim uśmiechem.
Był niewysokim, czarnoskórym mężczyzną w podeszłym wieku obdarzonym długim srebrnym wąsem.
Czułam przed nim ogromny respekt i bardzo go lubiłam. Przy każdej mojej wizycie na jego stacji pokazywał mi jedną z setek pocztówek, które przywiózł z podróży, kiedy był jeszcze młody.
Tym razem nie miałam jednak czasu na oglądanie pocztówek, spieszyłam się i byłam bardzo głodna. Zapłaciłam za struclę, trzy czekoladowe dounty, karton soku i pobiegłam w stronę obozu.
Ponownie stanęłam przed bramą. Otworzyłam karton z sokiem, wypiłam kilka łyków. Było okropnie gorąco. Wpatrywałam się w tablicę umieszczoną ponad bramą.
"The Educational Centre for Young People in Nothern
Cmokając głośno z dezaprobatą zamknęłam karton i wślizgnęłam się do środka.
***
- Śpi?- Tak, śpi. - odpowiedział Abe - siadaj.
Rzuciłam reklamówką w stronę stolika, ale nie trafiłam i wylądowała na ziemi. Schyliłam się niezgrabnie chwytając siatkę za jedno ucho. Poczułam na sobie czyjś wzrok. Powoli podniosłam głowę.
Abe, który jeszcze przed sekundą wlepiał we mnie swoje wielkie, zielone oczy, spuścił wzrok.
- Spokojnie, nic się nie stało - powiedziałam chwytając dwa pączki i idąc w jego stronę szeroko się uśmiechając.
Spojrzał na mnie niepewnie. Podałam mu pączka i usiadłam koło niego na drugim końcu łóżka. Widziałam jak je w ciszy.
W końcu nie wytrzymałam i wypaliłam:
- Dlaczego tu jesteś? - już żałowałam tego pytania, wcale nie chciałam wiedzieć.
- Bo wiesz... - urwał i zastanowił się przez chwilę. - To nic takiego, właściwie to nic nie zrobiłem, jeśli o to ci chodzi oczywiście. Po prostu stałem się "niewygodny", wysłali mnie tu pod jakimś głupim pretekstem. Na szczęście tylko na wakacje. No ale nie ważne, to bardzo głupie.
Najwyraźniej, żeby przerwać narastającą niezręczną ciszę dodał po chwili:
- A ty?
Bardzo bałam się tego pytania, głośno przełknęłam ślinę. Zaczęłam zlizywać z palców roztopioną czekoladę, po czym całego pączka wepchnęłam sobie do ust.
- Wiesz, może nie znam cię zbyt dobrze, ale mam wrażenie, że robisz wszystko żeby mi nie odpowiedzieć.
- Oni nie żyją. - odpowiedziałam jak najprędzej i poczułam ucisk w gardle.
- Oh, bardzo mi przykro. To dlatego tu jesteś tak?
- Właściwie to tak, - odrzekłam suchym głosem - mi nie jest przykro.
- Nie? Więc dlaczego płaczesz?
Dopiero teraz poczułam, że po twarzy ciekną mi obficie łzy. Otarłam je w pośpiechu, wstydziłam się uczuć.
- Bo - zastanowiłam się chwilę - ja ich w ogóle nie pamiętam. Nie wiem czy ma mi być smutno z tego powodu, że odeszli, czy może raczej mam się z tego powodu cieszyć.
- A ja myślę, że niezależnie od tego, jakimi byli ludźmi trzeba o nich dobrze myśleć. Poza tym nie możesz siebie obwiniać za to, że ich nie pamiętasz. To było dawno.
- Nie, Abe. Miałam wtedy 10 lat.
Starał się nie zrobić zdziwionej miny, ale zupełnie mu nie wyszło.
- I naprawdę ich nie pamiętasz? - szeroko otworzył usta.
- Nie pamiętam nawet ich twarzy.
Teraz zobaczyłam gromadzące się w jego oczach łzy. Przyciągnął mnie do siebie i z całej siły przytulił.
Wiedziałam, że jest mu bardziej przykro, niż mnie samej.
Chapter 2 "The Troubles"
Przed domkiem stała grupka osób rozprawiająca o czymś z wielkim zaciekawieniem. Gdy tylko mnie zobaczyli, umilkli. Podniosłam butelkę do ust wypijając spory łyk, wzdrygnęłam się. Wciąż stali tam w osłupieniu z otwartymi ustami. Nie wyglądali jakby mieli cokolwiek do powiedzenia. Rozpychając się łokciami przedarłam się przez grupkę kierując się w stronę toalet, które mieściły się na drugim końcu obozu.
Weszłam do niewielkiego, niskiego budynku. Podłoga wyłożona brudnymi, białymi płytkami była zalana wodą.
- Auć - powiedziałam, bosymi stopami przechodząc do ostatniej kabiny, gdzie wody było najmniej. Przymknęłam drzwi, usiadłam na zamkniętej klapie i otworzyłam gazetę. Nie minęła chwila, gdy do toalety wszedł ktoś jeszcze. Wstałam, odłożyłam gazetę, do ręki wzięłam butelkę, upiłam łyk. Starając się być cicho spojrzałam przez uchylone drzwi. Oparłam się o nie. ŁUP! Rozciągnęłam się jak długa na posadzce.
- Kur... - zaczęłam, ale nie dokończyłam. Kompletnie mnie zamurowało. - Co Pani tu robi?
Przede mną stała jedna z opiekunek, ręce miała skrzyżowane na piersi. Wpatrywała się we mnie jak w wyjątkowo obrzydliwego karalucha.
- Kate Stone, tak?
- Tak, to ja. - odpowiedziałam drwiąco - Ał. Przecież dobrze mnie Pani zna.
Próbowałam podnieść się z mokrej podłogi. Stanęłam przed nią patrząc się wyzywająco.
- Nie ważne - powiedziała zrezygnowana, po czym wyszła.
Nie do końca dotarło do mnie to, co stało się przed chwilą, wciąż ze zdziwieniem wpatrywałam się w drzwi wejściowe, w których przed sekundą znikła nauczycielka. Może nie zauważyła tej butelki? Nie, nie dało się nie zauważyć. Pogrążona w takich właśnie rozmyślaniach zabrałam się do zbierania z posadzki odłamków szkła.
Odgarnęłam włosy z czoła, spojrzałam w górę. Nade mną stał wysoki blondyn. Poczułam jak miękną mi nogi. Miał bardzo dziwną minę.
- Ducha zobaczyłeś, czy co? - zapytałam.
Widać było, że zastanawia się, co powiedzieć, kilka razy otwierał i zamykał usta, ale nie wydusił z siebie żadnego dźwięku.
Wskazał na lustro.
Dopiero zobaczyłam, co go tak wystraszyło. Moja twarz była cała we krwi.
- Ulala. - spojrzałam na swoje dłonie.
Widniały na nich długie, poprzeczne rozcięcia, krew leciała dosyć obficie.
- Co ci przyszło do głowy żeby zbierać to gołymi rękami? - spytał patrząc jak energicznie myję twarz.
- Powinieneś raczej zapytać, dlaczego przyszłam tu w samej bieliźnie.
- Może i tak. - zaczerwienił się lekko - Chyba przydałaby ci się wizyta u pielęgniarki.
- Też tak sądzę. - odpowiedziałam kuśtykając do drzwi.
- Zaczekaj, samej cię tam nie puszę, to dość długa droga.
Pisnęłam lekko, gdy poczułam, że bierze mnie na ręce. Był bardzo silny.
- Jak ty się właściwie nazywasz? - zapytałam opierając głowę na jego ramieniu - jesteś nowy, nie widziałam cię tu wcześniej.
- Jestem Abe. - uśmiechnął się słodko.
- Kate.
Pielęgniarka bez zbędnych pytań opatrzyła moje dłonie i stopy, zaczęliśmy iść w stronę mojego domku.
Domki były niskimi bungalowami, ustawionymi wzdłuż siatki odgradzającej obóz od pobliskiego pola. Każdy z nich zamieszkiwały dwie lub trzy osoby, w moim przypadku był to Nate. Był moim najlepszym przyjacielem, właściwie jedynym przyjacielem. To jego jako jednego z pierwszych poznałam po przyjeździe do tego ośrodka, było to dokładnie 6 lat temu. Miałam wtedy 10 lat i bezgraniczne zaufanie do 12-letniego Nate'a. Z resztą nadal mam. Taki był właśnie zamysł twórców obozu - zawieranie przez nastolatków nowych przyjaźni, szansa na rozpoczęcie nowego, lepszego życia. Poza tym, bungalowy miały zapewnić maksimum prywatności. Prócz nich, na terenie ośrodka znajdowała się niewielka stołówka, łazienki, gabinet lekarski, dom dla opiekunów i szkoła.
Otworzyłam drzwi, już w progu zobaczyłam Nate'a siedzącego na łóżku w tej samej pozycji, w której siedział gdy wychodziłam.
- Co robisz?
Zdawał się nie słyszeć mojego pytania.
- Nate to jest Abe. Abe to Nate. Z resztą nie ważne...
Weszłam do niewielkiego, niskiego budynku. Podłoga wyłożona brudnymi, białymi płytkami była zalana wodą.
- Auć - powiedziałam, bosymi stopami przechodząc do ostatniej kabiny, gdzie wody było najmniej. Przymknęłam drzwi, usiadłam na zamkniętej klapie i otworzyłam gazetę. Nie minęła chwila, gdy do toalety wszedł ktoś jeszcze. Wstałam, odłożyłam gazetę, do ręki wzięłam butelkę, upiłam łyk. Starając się być cicho spojrzałam przez uchylone drzwi. Oparłam się o nie. ŁUP! Rozciągnęłam się jak długa na posadzce.
- Kur... - zaczęłam, ale nie dokończyłam. Kompletnie mnie zamurowało. - Co Pani tu robi?
Przede mną stała jedna z opiekunek, ręce miała skrzyżowane na piersi. Wpatrywała się we mnie jak w wyjątkowo obrzydliwego karalucha.
- Kate Stone, tak?
- Tak, to ja. - odpowiedziałam drwiąco - Ał. Przecież dobrze mnie Pani zna.
Próbowałam podnieść się z mokrej podłogi. Stanęłam przed nią patrząc się wyzywająco.
- Nie ważne - powiedziała zrezygnowana, po czym wyszła.
Nie do końca dotarło do mnie to, co stało się przed chwilą, wciąż ze zdziwieniem wpatrywałam się w drzwi wejściowe, w których przed sekundą znikła nauczycielka. Może nie zauważyła tej butelki? Nie, nie dało się nie zauważyć. Pogrążona w takich właśnie rozmyślaniach zabrałam się do zbierania z posadzki odłamków szkła.
Odgarnęłam włosy z czoła, spojrzałam w górę. Nade mną stał wysoki blondyn. Poczułam jak miękną mi nogi. Miał bardzo dziwną minę.
- Ducha zobaczyłeś, czy co? - zapytałam.
Widać było, że zastanawia się, co powiedzieć, kilka razy otwierał i zamykał usta, ale nie wydusił z siebie żadnego dźwięku.
Wskazał na lustro.
***
- Ulala. - spojrzałam na swoje dłonie.
Widniały na nich długie, poprzeczne rozcięcia, krew leciała dosyć obficie.
- Co ci przyszło do głowy żeby zbierać to gołymi rękami? - spytał patrząc jak energicznie myję twarz.
- Powinieneś raczej zapytać, dlaczego przyszłam tu w samej bieliźnie.
- Może i tak. - zaczerwienił się lekko - Chyba przydałaby ci się wizyta u pielęgniarki.
- Też tak sądzę. - odpowiedziałam kuśtykając do drzwi.
- Zaczekaj, samej cię tam nie puszę, to dość długa droga.
Pisnęłam lekko, gdy poczułam, że bierze mnie na ręce. Był bardzo silny.
- Jak ty się właściwie nazywasz? - zapytałam opierając głowę na jego ramieniu - jesteś nowy, nie widziałam cię tu wcześniej.
- Jestem Abe. - uśmiechnął się słodko.
- Kate.
Pielęgniarka bez zbędnych pytań opatrzyła moje dłonie i stopy, zaczęliśmy iść w stronę mojego domku.
Domki były niskimi bungalowami, ustawionymi wzdłuż siatki odgradzającej obóz od pobliskiego pola. Każdy z nich zamieszkiwały dwie lub trzy osoby, w moim przypadku był to Nate. Był moim najlepszym przyjacielem, właściwie jedynym przyjacielem. To jego jako jednego z pierwszych poznałam po przyjeździe do tego ośrodka, było to dokładnie 6 lat temu. Miałam wtedy 10 lat i bezgraniczne zaufanie do 12-letniego Nate'a. Z resztą nadal mam. Taki był właśnie zamysł twórców obozu - zawieranie przez nastolatków nowych przyjaźni, szansa na rozpoczęcie nowego, lepszego życia. Poza tym, bungalowy miały zapewnić maksimum prywatności. Prócz nich, na terenie ośrodka znajdowała się niewielka stołówka, łazienki, gabinet lekarski, dom dla opiekunów i szkoła.
Otworzyłam drzwi, już w progu zobaczyłam Nate'a siedzącego na łóżku w tej samej pozycji, w której siedział gdy wychodziłam.
- Co robisz?
Zdawał się nie słyszeć mojego pytania.
- Nate to jest Abe. Abe to Nate. Z resztą nie ważne...
Chapter 1 "The Beggining"
Pierwsze promienie ciepłego, letniego słońca świeciły mi prosto w twarz. Jęcząc cicho przewróciłam się na drugi bok, lekko rozchyliłam powieki. Uśmiechnęłam się pod nosem - długie, ciemnobrązowe kosmyki opadały na czoło chłopaka przy okazji przysłaniając oczy. Wspaniale - pomyślałam w wielkim zamyśleniu przeciągając ręką po twarzy. Ponownie zamknęłam oczy próbując zasnąć, było bardzo wcześnie. Nie, coś jest nie tak... - szeroko otworzyłam oczy wpatrując się w osobę leżącą tuż przede mną. Klepnęłam go w ramię, półprzytomny przetarł oczy ze zmęczenia, spojrzał na mnie pytająco, jakby chciał zapytać - "Dlaczego to zrobiłaś?!" Nic nie powiedziałam czekając na jakiekolwiek wyjaśnienia z jego strony. Zdawałoby się, że doskonale rozumie, o co mi chodzi.
- Jak to nic nie pamiętasz?
- Nie - odparłam, w moim głosie dało się usłyszeć nutkę żalu.
- Trudno - uśmiechnął się łobuzersko - ładna dziś pogoda.
- Nate, do cholery, nie zmieniaj tematu! Co się wczoraj stało? No wiesz, że tu jesteś. - spojrzałam na swoje łóżko.
- Nic - spojrzał mi prosto w oczy - naprawdę, uwierz mi.
- Dobrze.
Usiadłam na łóżku rozglądając się po pokoju. Mój wzrok przeniósł się z leżącej na podłodze sterty ubrań, na przewrócony kredens i szafkę nocną. Podeszłam do niej i wzięłam do ręki do połowy opróżnioną butelkę po wódce. W kącie dostrzegłam kolejne trzy.
- Więc to dla ciebie znaczy nic, taak? No proszę, według mnie to już coś.
Nic nie odpowiedział. Nie miałam serca na niego krzyczeć, szczególnie po tym jak teraz się na mnie patrzył.
- Więc powiedz mi - zapytałam starając się zachować spokój - co tu jeszcze robisz skoro absolutnie nic się nie działo?
- Pilnowałem cię - wskazał na przewrócony kredens i całą jego zawartość leżącą na ziemi. - Właściwie to mieliśmy gości - uśmiechnął się patrząc w stronę butelek.
- Ah, mój bohaterze.
- Przepraszam, powinienem Ci to od razu wyjaśnić.
Kiwając potakująco głową obejrzałam "pod światłem" zawartość butelki. Skrzywiłam się, chwyciłam leżącą na stole gazetę i nie przebierając się w nic chwyciłam za klamkę.
- Gdzie idziesz? - usłyszałam za sobą drżący, jakby zatroskany głos.
- Nie wiem - odrzekłam zupełnie szczerze naciskając na klamkę i wychodząc na zewnątrz.
Pod stopami poczułam ciepły piasek.
- Jak to nic nie pamiętasz?
- Nie - odparłam, w moim głosie dało się usłyszeć nutkę żalu.
- Trudno - uśmiechnął się łobuzersko - ładna dziś pogoda.
- Nate, do cholery, nie zmieniaj tematu! Co się wczoraj stało? No wiesz, że tu jesteś. - spojrzałam na swoje łóżko.
- Nic - spojrzał mi prosto w oczy - naprawdę, uwierz mi.
- Dobrze.
Usiadłam na łóżku rozglądając się po pokoju. Mój wzrok przeniósł się z leżącej na podłodze sterty ubrań, na przewrócony kredens i szafkę nocną. Podeszłam do niej i wzięłam do ręki do połowy opróżnioną butelkę po wódce. W kącie dostrzegłam kolejne trzy.
- Więc to dla ciebie znaczy nic, taak? No proszę, według mnie to już coś.
Nic nie odpowiedział. Nie miałam serca na niego krzyczeć, szczególnie po tym jak teraz się na mnie patrzył.
- Więc powiedz mi - zapytałam starając się zachować spokój - co tu jeszcze robisz skoro absolutnie nic się nie działo?
- Pilnowałem cię - wskazał na przewrócony kredens i całą jego zawartość leżącą na ziemi. - Właściwie to mieliśmy gości - uśmiechnął się patrząc w stronę butelek.
- Ah, mój bohaterze.
- Przepraszam, powinienem Ci to od razu wyjaśnić.
Kiwając potakująco głową obejrzałam "pod światłem" zawartość butelki. Skrzywiłam się, chwyciłam leżącą na stole gazetę i nie przebierając się w nic chwyciłam za klamkę.
- Gdzie idziesz? - usłyszałam za sobą drżący, jakby zatroskany głos.
- Nie wiem - odrzekłam zupełnie szczerze naciskając na klamkę i wychodząc na zewnątrz.
Pod stopami poczułam ciepły piasek.
PROLOGUE
Na brzegu stołu chirurgicznego, nieświadoma sensu rozmowy odbywającej się za jej plecami, beztrosko machając nogami siedziała mała, najwyżej kilkuletnia dziewczynka.
- Przykro mi, nie możemy tego zrobić - mężczyzna w białym fartuchu właśnie wszedł do sali.
- Dobrze zapłacę.
- Nie o to chodzi. Nie mamy takich możliwości.
Kobieta szepnęła mu coś do ucha.
- Nie ma mowy - wyjąkał nagle blednąc.
- Nalegam.
- To nie humanitarne nawet w stosunku do zwierząt. Jest taka drobna i delikatna...
- Nie pytałam pana o zdanie.
- Ale dlaczego ona? - spytał płaczliwym głosem, a w jego oczach pojawiły się pierwsze łzy. Wyglądał żałośnie. - Terry wcale by tego nie chciał.
- Ani on, ani ona nie mają już w tej sprawie nic do powiedzenia - uśmiechnęła się dziwnie.
Myślał gorączkowo.
- Obiecuję, że znajdę inne rozwiązanie.
- Wszystko mi jedno. Ma być skuteczne.
- Będzie. Może nie tak trwałe jak to, ale skuteczne.
- Zatem niech będzie. W razie czego będziemy powtarzać o skutku.
O ile to w ogóle możliwe, mężczyzna zbladł jeszcze bardziej.
- Da mi pani czas do końca tygodnia... - zaczął, ale mu przerwała.
- Masz czas do jutra. Potem sama to załatwię.
Przytaknął gorliwie, gdy podeszła do niego i pogładziła go wierzchem dłoni, okrytej atłasową rękawiczką, po policzku.
- Obiecuję, że nie pisnę słowem.
- Spróbowałbyś - zaśmiała się szyderczo poklepując wieko obszernej torebki, na którą ten zerknął ze strachem.
Spojrzała na niego z litością i powiedziała:
- Nie martw się, Terry byłby z ciebie dumny. W końcu robisz to dla niego.
Przez chwilę wyglądał jakby chciał zaprzeczyć, ale rosnąca mu w gardle gula nie pozwoliła dojść słowom do skutku. Kobieta odsunęła się od niego i wyciągnęła rękę w stronę dziewczynki.
Obraz stał się niewyraźny, jak w źle nastawionym odbiorniku, aż w końcu znikł.
- Przykro mi, nie możemy tego zrobić - mężczyzna w białym fartuchu właśnie wszedł do sali.
- Dobrze zapłacę.
- Nie o to chodzi. Nie mamy takich możliwości.
Kobieta szepnęła mu coś do ucha.
- Nie ma mowy - wyjąkał nagle blednąc.
- Nalegam.
- To nie humanitarne nawet w stosunku do zwierząt. Jest taka drobna i delikatna...
- Nie pytałam pana o zdanie.
- Ale dlaczego ona? - spytał płaczliwym głosem, a w jego oczach pojawiły się pierwsze łzy. Wyglądał żałośnie. - Terry wcale by tego nie chciał.
- Ani on, ani ona nie mają już w tej sprawie nic do powiedzenia - uśmiechnęła się dziwnie.
Myślał gorączkowo.
- Obiecuję, że znajdę inne rozwiązanie.
- Wszystko mi jedno. Ma być skuteczne.
- Będzie. Może nie tak trwałe jak to, ale skuteczne.
- Zatem niech będzie. W razie czego będziemy powtarzać o skutku.
O ile to w ogóle możliwe, mężczyzna zbladł jeszcze bardziej.
- Da mi pani czas do końca tygodnia... - zaczął, ale mu przerwała.
- Masz czas do jutra. Potem sama to załatwię.
Przytaknął gorliwie, gdy podeszła do niego i pogładziła go wierzchem dłoni, okrytej atłasową rękawiczką, po policzku.
- Obiecuję, że nie pisnę słowem.
- Spróbowałbyś - zaśmiała się szyderczo poklepując wieko obszernej torebki, na którą ten zerknął ze strachem.
Spojrzała na niego z litością i powiedziała:
- Nie martw się, Terry byłby z ciebie dumny. W końcu robisz to dla niego.
Przez chwilę wyglądał jakby chciał zaprzeczyć, ale rosnąca mu w gardle gula nie pozwoliła dojść słowom do skutku. Kobieta odsunęła się od niego i wyciągnęła rękę w stronę dziewczynki.
Obraz stał się niewyraźny, jak w źle nastawionym odbiorniku, aż w końcu znikł.
Subskrybuj:
Komentarze (Atom)